Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: "Czy coś widzisz?" A gdy ten przejrzał, powiedział: "Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa". Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie. Jezus odesłał go do domu ze słowami: "Tylko do wsi nie wstępuj!"

 

To, co robi dzisiaj Jezus, wygląda nieco dziwnie. Tak jakby napluł człowiekowi w twarz, żeby go uzdrowić. To było i jest odrażające: dotykać kogoś śliną. W ogóle sama ślina na zewnątrz ust przyprawia o niemiłe uczucia.

To, co robi dzisiaj Jezus, to swego rodzaju przypowieść. Wyprowadza niewidomego poza wieś i uzdrawia go stopniowo, nakładając na jego oczy ślinę. W żadnym innym opisie cudu chory nie doznaje uzdrowienia stopniowo, powoli.

Nie od razu niewidomy odzyskuje wzrok, ale etapami. Nie od razu ludzie rozpoznają Zbawiciela w Jezusie z Nazaretu – najpierw traktują Go raczej jak cudownego uzdrowiciela, proroka (być może dlatego Jezus wyprowadza niewidomego poza wieś). Tak samo w końcu nie od razu najbliżsi uczniowie Jezusa rozpoznają w Nim Syna Bożego – dopiero po zmartwychwstaniu są w stanie poznać prawdę o Nim.

I my nie od razu jesteśmy w stanie zrozumieć to, co dzieje się w naszym życiu. Choroba, cierpienie, śmierć bliskich, ciągłe przeciwności... Prawdę o tym, że Bóg jest w centrum naszego życia poznajemy stopniowo. Nieustannie dorastamy do tego, żeby odkrywać Jezusa Chrystusa w naszym życiu.

Pozwólmy się jak ten niewidomy wyprowadzić na zewnątrz naszych codziennych spraw, by tam z dala od zgiełku świata przejrzeć uzdrowionymi oczami i zobaczyć... Jezusa!