Po swym zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia, Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której przedtem wyrzucił siedem złych duchów. Ona poszła i oznajmiła to Jego towarzyszom, pogrążonym w smutku i płaczącym. Ci jednak, słysząc, że żyje i że ona Go widziała, nie dali temu wiary. Potem ukazał się w innej postaci dwom spośród nich na drodze, gdy szli do wsi. Oni powrócili i obwieścili pozostałym. Lecz im też nie uwierzyli. W końcu ukazał się samym Jedenastu, gdy siedzieli za stołem, i wyrzucał im brak wiary oraz upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!».

 

Po zmartwychwstaniu – nowe życie – nowy tydzień – nowy dzień – wczesny poranek.

Jezus ukazał się. Komu? Kobiecie. Kobiecie po przejściach, kobiecie, której już wcześniej ukazał smak życia bez grzechu „(…) z której kiedyś wyrzucił siedem demonów” (Mk 16 9). Maria Magdalena, gdy Go zobaczyła, nie miała wątpliwości, że to ON. Pobiegła z radością do pozostałych uczniów i oznajmiła im, co widziała … ale jej NIE UWIERZYLI. 

Po raz drugi PAN ukazał się dwóm na drodze. Im też nie uwierzyli, bo chcieli być pogrążeni w smutku i rozpaczy, bo się panicznie bali, nie przyjmowali do wiadomości oczywistych faktów. Nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. Ale gdy Jezus zasiadł z nimi przy stole, wypomniał im brak wiary i zatwardziałość serca. Rozmawiał z nimi przy stole, bo przy wspólnym stole, przy wspólnym posiłku, przy kawie rozmawia się z szczerze. Przyszedł do swoich, aby ich – tak po ludzku słabych – wysłać w świat. „I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!»”.  

I poszli. I głoszą. I chwała im za to.