A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski".

 

To wołanie Bóg kieruje do człowieka od samego początku naszego istnienia. Pan pragnie nas chronić i dawać nam realne poczucie bezpieczeństwa. Bóg jako stwórca upomina się o prawo do życia i godnego istnienia całego stworzenia. Nie zabijaj, to przede wszystkim uszanuj Bożą wolę. Jednakże wymiar odbierania prawa do życia dotyczy także całej rzeczywistości uszanowania osoby, którą można skrzywdzić nie tylko gilotyną, ale i słowem. Tak wiele pada słów pozbawionych odpowiedzialności.

A przecież podczas każdej Mszy Świętej dokonuje się gest pojednania i przebaczenia. Ile jest prawdy w tym zwróceniu się do drugiego ze słowem – pokój z tobą? Czy czasami bardziej prawdziwe nie są słowa: odejdź ode mnie! Czy słowo obmowy, szyderstwa, oszczerstwa itd., jest przez nas postrzegane w perspektywie wspomnianego przykazania? Czy zbyt łatwo nie wytłumaczyliśmy sobie prawa do ploteczek jako pospolitej formy budowania relacji ze spotkanym człowiekiem? Coś muszę powiedzieć, a więc płyną słowa i brakuje spojrzenia nieco dalej – dokąd one dopłyną. Czy wypowiadane przeze mnie słowa stają się zaproszeniem do dobra, pojednania lub przebaczenia? Czy gdy ranię słowem, to odczuwam wewnętrzny ból i smutek? Czy nie przygasiłem w sobie tej wrażliwości wewnętrznej, która daje poczucie bezpieczeństwa?

Kilka lat temu poznałem mężczyznę w średnim wieku. Jego historia była pełna ran spowodowanych złymi słowami Jego najbliższych. Żona potrafiła namawiać synów do przypalania ojca papierosami. On zawsze z taką troską mówił o swoich najbliższych, szukając dobrych wobec nich rozwiązań. Tak to trwało, aż do dnia, w którym odebrał sobie życie. Mógł synów za pobicie wtrącić do więzienia, ale tego nie uczynił. On nadal ich kochał. Pamiętam, jak wdowa z płaczem przyszła zgłosić pogrzeb. Wtenczas musiałem wyjść z biura, bo mógłbym za dużo powiedzieć. Na Jego pogrzebie było wiele osób, bo żegnaliśmy dobrego człowieka.

Czy nas nie zabrakło przy nim, gdy żył. Powiedziałem wtenczas, spoglądając na trumnę: rodzina ma być miejscem bezpieczeństwa a nie katem. Jednakże czy każdy może czuć się bezpieczny wtenczas, gdy my otwieramy usta, by mówić?