Pytanie o to, dlaczego ludzie nie chcą mieć dzieci, spędza sen z powiek demografom, socjologom, badaczom relacji społecznych. Jedni powiedzą, że nie czują instynktu, inni, że ich na dzieci nie stać, bo posiadanie potomstwa nawet nielicznego, a o tym bardziej licznym nie wspominając, drenuje kieszenie, a 500 plus problemu nie rozwiązuje. Dla pewnej grupy posiadanie dzieci wiąże się z utratą wolności czy brakiem możliwości realizowania życiowych pasji, a na to absolutnie nie chcą sobie pozwolić. Będą też tacy, którzy są tak bardzo rozczarowani życiem na tym świecie, że nie chcą tego samego fundować kolejnym pokoleniom. Argumentów pewnie można by wymieniać jeszcze wiele. Ja dodałabym jeszcze jeden – coraz trudniej dziś mieć dzieci, bo w przestrzeni publicznej zostaje dla nich coraz mniej miejsca.

Nie, nie żartuję ani nie przesadzam. Wiele ostatnich rozmów, przeczytanych w internecie tekstów przekonuje mnie, że tak właśnie jest. Może to efekt sezonu ogórkowego, a może po prostu coś się w naszym społeczeństwie zmienia. Niestety, wcale nie na lepsze. Na plaży dzieci przeszkadzają, bo biegają, piszczą i sypią pisakiem, zamiast leżeć w ciszy i smażyć się za parawanem. Na podwórku przeszkadzają, bo grają w piłkę, a przecież mogłyby w tym czasie grzecznie posiedzieć na ławce. W hotelu przeszkadzają, więc najlepiej wszystkie przerobić na takie, do których dzieciom wstęp wzbroniony. W samolocie czy pociągu też nie są mile widziane, bo dziecko w takim miejscu to zwiastun rychłej katastrofy. Na wesele czy inne uroczystości rodzinne lepiej dzieci nie zabierać, bo to tylko kłopot, do tego marudzą, a jeszcze, nie daj Boże, zepsują rodzinne zdjęcie, bo się nie uśmiechną albo w najmniej odpowiednim momencie pociągną pannę młodą za tren od sukni lub welon. Do kościoła też lepiej dzieci nie przyprowadzać, bo jeśli akurat przyjdzie im ochota na spacer wzdłuż bocznej nawy, rozpraszają innych, tych rozmodlonych. Kilku księży starało się mnie przekonać, że najlepiej dzieci zostawiać w domu, a na Mszę zacząć je zabierać, jak już będą rozumiały, co się podczas niej dzieje (tak na marginesie konia z rzędem temu dorosłemu, który mógłby poszczycić się taką teologiczną wiedzą i wrażliwością). Uwagi te nie odnosiły się tylko do rodziców dzieci, które wrzeszczą w kościele wniebogłosy albo urządzają sobie wyścigi w nawie głównej, ale do wszystkich posiadających dzieci, co było dla mnie bardzo smutne i wykluczające. Zamiast więc tworzyć przestrzenie przyjazne dla dzieci, wykazać się odrobiną życzliwości, próbuje się zrobić wszystko, by dzieci zniknęły z przestrzeni publicznej.

Przestaje mnie więc dziwić, że ludzie nie chcą mieć dzieci. Kiedy zewsząd słyszą, jakie to dzieci są straszne, jak bardzo przeszkadzają własnym rodzicom w ich samorozwoju, a innym burzą ciszę i święty spokój, to być może zaczynają wierzyć w to, że lepiej dzieci nie mieć. Bo i kłopotów i zmartwień będzie mniej. Żadne programy społeczne mające na celu zwiększenie dzietności, żadne socjalne ułatwienia nie rozwiążą problemów demograficznych, jeśli nie zmienią się społeczna mentalność i nastawienie do dzieci. Trudno bowiem wychowuje się dzieci, kiedy ciągle dla kogoś są one przeszkodą. A naprawdę wystarczy niewiele. Dlaczego dziś tak trudno zrozumieć, że dzieci swoją czasem zbyt ekspresyjną radością nie robią na złość dorosłym, tylko cieszą się z tego, że są dziećmi? Dlaczego tak szybko zapominamy, że my także się bawiliśmy, biegaliśmy, krzyczeliśmy i graliśmy w piłkę czasem także pod oknem sąsiadek? Zamiast więc dramatycznie wołać z plakatów, gdzie są TE dzieci, lepiej zastanowić się, co zrobić, by dzieci wokół nas były akceptowane właśnie jako dzieci, a rodzice nie musieli w koło wszystkich przepraszać za to, że są rodzicami i nie byli wpędzani z powodu ich posiadania w wieczne poczucie winy.