Wielokrotnie się zastanawiałam, czy na śmierć kogoś, kogo się kocha, można się przygotować. Pewnie na poziomie racjonalnym, rozumowym jak najbardziej, szczególnie kiedy na naszych oczach choroba niszczy bliską nam osobę, z tygodnia na tydzień, a potem już z dnia na dzień widzimy, że jest coraz gorzej, że to, co nieuchronne, zbliża się wielkimi krokami. Albo kiedy jesteśmy świadkami wielkiego bólu, kiedy śmierć wydaje się jedynym ratunkiem od bezsensu choroby, jedynym wybawieniem od wszechogarniającego cierpienia. Wszystko można sobie wyjaśnić, wytłumaczyć. Ale emocji nie da się zagadać, one funkcjonują inaczej. Trudno je przygotować na koniec, na rozstanie, nawet w sytuacji, kiedy wierzymy, że to życie się tak naprawdę nie kończy, tylko się zmienia, że rozstajemy się na jakiś czas, chwilę wobec wieczności i kiedyś jeszcze się spotkamy. Ta nadzieja to jedyne pocieszenie dla nas osieroconych. Nadzieja, która przeplata się z bólem, tęsknotą i rozpaczą. 

Są takie śmierci, które – choć pozostawiają po sobie żal i pustkę – jakoś łatwiej zrozumieć i zaakceptować. Ale są też takie, które zawsze pozostaną zagadką. Bo dlaczego umiera młoda kobieta, matka małych dzieci, która jeszcze mogłaby tyle rzeczy z nimi zrobić, tyle pokazać, odpowiedzieć na wiele pytań, a ten wiecznie pijany sąsiad, który bije swoją żoną i średnio raz w tygodniu urządza jej piekło na ziemi, ma się dobrze? Jaka logika rządzi tym światem? Dlaczego tak się dzieje? Ja wiem, że tak myśleć nie wolno, ale w sytuacji śmierci bliskiej osoby trudno panować nad emocjami. Dwadzieścia siedem lat temu zadawałam sobie podobne pytania. Wtedy po raz pierwszy stanęłam ze śmiercią twarzą w twarz. Po raz pierwszy musiałam się skonfrontować z odchodzeniem, z bezsilnością i totalną bezradnością, bo już chorej mamie nie można było pomóc. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Bo co o śmierci mogła wiedzieć dziewiętnastolatka, która dopiero co zdała maturę i sama niewiele wiedziała o życiu, a śmierć znała tylko z filmu czy literatury. Oczywiście wcześniej w rodzinie umierali starsi wujkowie czy wiekowe ciocie, które swoje życie już przeżyły, więc ta śmierć – choć też bolesna – była czymś naturalnym. Poza tym, oni byli gdzieś daleko. A tu, w domu, śmierć była na wyciągnięcie ręki. Taka bliska, taka straszna jednocześnie…

Dziś, dwadzieścia siedem lat po śmierci mamy, kiedy jestem w wieku, w którym ona odchodziła, na temat śmierci wiem dużo więcej. Ileś osób po drodze pożegnałam, ileś osób spotkałam, które mi o śmierci opowiedziały. Choćby siostra Michaela Rak, założycielka pierwszego hospicjum na Litwie, która od ponad dwudziestu lat szerzy misję hospicyjną, która sama przeprowadziła na drugą stronę tysiące osób, która ze śmiercią obcuje niemal każdego dnia. Rozmowa z nią była dla mnie jak najlepsze rekolekcje, wiele mi uświadomiła, wyjaśniła. Ale nie zebrała żalu i smutku. 

Choć na co dzień funkcjonuję normalnie, jestem wesoła, często się śmieję, to co roku na początku listopada bardzo mocno uświadamiam sobie, że tak naprawdę jeszcze do końca nie przeżyłam tej swojej żałoby. Cały czas tkwię na etapie żalu i smutku za tym wszystkim, co od mamy mogłam dostać, a nie dostałam, bo śmierć nam to zabrała. Dziś, kiedy sama jestem mamą, chętnie zadałabym swojej mamie wiele pytań. Poszłabym z nią na kawę, którą tak lubiła, i rozmawiałabym, rozmawiała i rozmawiała. Dziś też mogę pytać, ale moje pytania pozostają bez odpowiedzi. Tak jak to pytanie „dlaczego?”, które nie daje mi spokoju. I od którego pewnie nigdy się nie uwolnię. Pozostaje mi tylko nadzieja, że odpowiedź dostanę tam, po drugiej stronie, kiedy znów się spotkamy. Bardzo mocno w to wierzę.