Tak mówi Pan: «Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo imię moje jest w nim. Jeśli będziesz wiernie słuchał jego głosu i wykonywał to wszystko, co ci polecam, będę nieprzyjacielem twoich nieprzyjaciół i będę odnosił się wrogo do odnoszących się tak do ciebie. Mój anioł poprzedzi cię i zaprowadzi do Amoryty, Chetyty, Peryzzyty, Kananejczyka, Chiwwity, Jebuzyty, i Ja ich wygładzę».

 

Chodzi mi dziś mocno po głowie usłyszana gdzieś przed laty, zaskakująca w prostocie i celności modlitwa: „Aniele Boży, stróżu mój – powstrzymaj mnie, gdy głupstwa chcę”. 

I jakby w pewnej kontrze pojawia się też przekonanie, że ani aniołowie wszystkiego za nas nie zrobią, ani my nie zrobimy wszystkiego bez nich. Bo z jednej strony prawda o stworzonych przez Boga duchach przewyższających nas pod prawie każdym względem bywa czasem pokusą do zrzucenia z siebie brzemienia odpowiedzialności i rezygnacji z możliwości wolnego wyboru (który niekiedy powoduje nerwowe odruchy drapania się po głowie w poszukiwaniu właściwego rozwiązania). Ale z drugiej strony nasi „stróżowie” (lub „czuwający”) wierni „imieniu, które jest misją, i misji ukrytej w imieniu” wypełniają właśnie zadanie stróżowania, czuwania i wskazywania drogi. I czasem zachodzę w głowę, jak bardzo trzeba kochać Boga, by zgodzić się pomagać tak niepoprawnie omylnemu stworzeniu, jakie widzę dzień w dzień w lustrze…

Tym mocniej pracuje we mnie dzisiejsze wezwanie: „Czuwaj nad sobą i słuchaj go. Nie sprzeciwiaj się mu, bo on będzie dla ciebie nieugięty” (Wj 23,21). Bo przecież wspólna droga polega dokładnie na tym, co oznacza – na „wspólnocie” i na „wędrowaniu”. Oczywiście zdarza się, że koniecznością jest dźwiganie tego, który zasłabł czy stracił siły, ale nawet chwila bezsilności nie daje przyzwolenia na rezygnację – przeciwnie, jest szansą na doświadczenie troski Boga o wszystko (naprawdę wszystko!), co stanowi moją osobistą „drogę do nieba”. I okazuje się, że obietnica: „Mój anioł pójdzie i będzie ci pokazywał drogę” (w.23a), nie ogranicza się do cudownych interwencji pokroju historii Gedeona, Tobiasza czy Józefa, ale zaskakuje zwyczajnością w codzienności – choć i zwyczajność staje się niezwykłą, gdy znajdzie się w centrum zainteresowania Ojca Niebieskiego…

Dlatego błogosławiąc dziś Boga za towarzyszących nam aniołów, życzę Ci niezwykłej codzienności – bo przecież jesteśmy cudem Miłości w tym świecie.