Żyjemy w świecie wstydu wobec powszechnego bezwstydu. Żyjemy w czasach, w których roznegliżowane modelki na wielkich billboardach nikogo nie szokują, a jednocześnie przez media przetaczają się kolejne dyskusje o tym, czy matka karmiąca w przestrzeni publicznej to większy czy mniejszy skandal. W świecie, w którym nikogo nie szokuje przemoc, wulgaryzmy i obscena – szokują i bulwersują publicznie modlący się ludzie. Tam, gdzie ludzka słabość objawia się z całą mocą, w całej swojej – negatywnie rozumianej – krasie, tam również trwają giganci ducha. Są to ludzie pokornej modlitwy, którzy w całym tym zgiełku psującego się świata są niczym starożytne fundamenty. Kto wie, może to właśnie dzięki nim ten świat ciągle się kręci?

Modlitwa była w czasie pandemii głównym tematem środowych audiencji generalnych papieża Franciszka. Były to audiencje, które odbywały się w bardzo specyficznych – innych niż zwykle – warunkach. W kameralnej sali biblioteki papieskiej, w niewielkim gronie współpracowników papież głosił katechezy, które były hołdem dla tych, którzy na modlitwie trwają, a jednocześnie zachętą dla tych, którzy być może trochę o tej modlitwie zapomnieli.

Fascynujące jest stwierdzenie, że relacja z Bogiem jest intronizacją człowieka do jego przyrodzonej wielkości, do tej roli i miejsca, które przeznaczył dla nas sam Bóg. Papież Franciszek apelował o dziękczynienie, o zwrócenie się do Boga w modlitwie. Bo modlitwa to pierwsza siła nadziei! Ludzie modlitwy, mówił papież, strzegą praw podstawowych, stoją na straży życia i zawsze się radują. Bo Miłość (przez duże M) jest silniejsza niż śmierć (i jej cywilizacja), a nadzieja jest silniejsza niż zniechęcenie. Ludzie modlitwy, kontynuował papież, kroczą w światłości, a ich oblicza są rozświetlone.

To są właśnie ci ludzie, niewidoczni, pokorni, często za klauzurą. To oni ratują fizyczny świat przez metafizykę i mistykę modlitwy.

Posileni tą modlitwą powinniśmy, jako chrześcijanie, próbować wchodzić w dialog ze współczesnością, z całym światem. Nie powinniśmy się zrażać problemami, odrzuceniem, ale cały czas sięgać do depozytu modlitwy, do słów życia. Do relacji z Bogiem. 

Papież Franciszek w czasie pandemii próbował nam wskazać, że dobrym sposobem na przemyślenie naszego życia jest przypomnienie sobie historii zbawienia od momentu grzechu pierworodnego. Przypomnienie sobie o tym, kim jesteśmy, dlaczego tacy jesteśmy i dlaczego Bóg ma dla nas tyle miłości i miłosierdzia. Jestem przekonany, że ten aspekt nauczania papieża Franciszka, co do którego bardzo często część opinii publicznej musi na nowo przekonywać się, że jednak nadal jest katolikiem, jest fundamentalny. Jest on kluczem do całego tego pontyfikatu. Nie chodzi tutaj ani o reformę kurii, ani o zerwanie z symbolami, ani o decentralizację czy viri probati. Chodzi tutaj tylko i wyłącznie o przypomnienie ludziom, nam chrześcijanom, że Bóg jest i jest dobry.

Zbyt dużo czasu poświęcamy na plotki, spiski, knucia czy też zamartwianie się. Papież daje na to świetną receptę. W swoich katechezach użył pięknej metafory, w zasadzie nie jednej, ale dwóch. Pierwsza wskazywała na ludzi modlitwy, szczerej i ufnej, bez wynoszenia się ponad innych, że są oni niczym wał przeciwpowodziowy przed złem, ale również przed samym sobą – Panie, bardzo proszę, wybaw mnie od samego siebie, od moich ambicji, od moich namiętności. Wybaw mnie ode mnie samego – mówi Franciszek.

Panowanie Boga na ziemi nie przechodzi przez ludzi miecza i potęgi, ale właśnie przez ten łańcuch ludzi modlitwy – usuwanych w cień, prześladowanych, spychanych na margines, ale nadal ufnych i trzymających ten nasz świat w Bożej Miłości. Modlitwa jest niepopularna, ale to właśnie ona przywraca światu zaufanie.

Modlitwa jest zawsze łańcuchem życia. Wielu mężczyzn i wiele kobiet, modląc się, zasiewają życie. Modlitwa zasiewa życie. Dlatego tak ważne jest, aby nauczyć dzieci modlitwy – podkreślił papież. – Bardzo mnie boli, kiedy spotykam dzieci, które nie potrafią wykonać znaku krzyża. Naucz czynić je dobrze znak krzyża, to jest pierwsza modlitwa. Ale czy dzieci nauczą się modlić? Później, być może, mogą zapomnieć i pójść inną drogą; ale znak krzyża pozostanie w sercu, ponieważ jest zasiewem życia, ziarnem dialogu z Bogiem. 

Świat rozwija się dzięki mocy ducha tych ludzi, dzięki tym niewidocznym, dzięki tym milczącym, którzy nas omadlają, a często nawet o tym nie wiemy. Dlatego uczmy dzieci znaku krzyża i sami się módlmy. Może w przyszłości ten znak krzyża będzie taką kotwicą, która po odejściu od wiary, po wieloletnim braku modlitwy, stanie się źródłem powrotu. Dawajmy też przykład własną modlitwą.