Tak mówi Pan: «Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem, i syna swego wezwałem z Egiptu. Im bardziej ich wzywałem, tym dalej odchodzili ode Mnie, składali ofiary Baalom i bożkom palili kadzidła. A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima, na swe ramiona ich brałem; oni zaś nie rozumieli, że przywracałem im zdrowie. Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości. Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem je. Moje serce na to się wzdryga i rozpalają się moje wnętrzności. Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu, i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem; pośrodku ciebie jestem Ja – Święty, i nie przychodzę, żeby zatracać».

 

Czy Bóg powinien się tak przed nami wewnętrznie obnażać? Opowiadać o tym, jaką ma do nas wielką słabość? Czy to jest wychowawcze? Czy ludzie Go nie wykorzystają, gdy zrozumieją, jak bardzo Mu na nich zależy?

Ja potrzebuję takiego Boga – tatę, takiego Boga – mamę. Potrzebuję być Jego dzieckiem. Dlaczego? Nie wiem, ale mój Tata w niebie wie. On jest bardzo mądry, bo On wie wszystko.