Potem mówił do wszystkich: "Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?"

 

Słowo trudne i związane z cierpieniami. Kamień odrzucony stał się głowicą węgła. Suchy wiatr, słońce, kamieniarze biorą w rękę kamień po kamieniu, żeby dopasować do potrzeb... Nie, ten nie pasuje, ten się nie nadaje. Odrzucony za siebie na piach i stertę skalnych odłamków. Skóra na plecach spalona, ciężka praca. Szukam kamieni na budowę. Jedne pasują, inne nie. Będą momenty, że to, co mi nie wygląda i nie pasuje do mojej wizji, w oczach Boga jest jedynym, co we mnie i po mnie przetrwa dzień przyjścia Pana. Cóż za korzyść, że cały świat zyskam, idealnie sobie to wszystko poukładam i doprowadzę do końca, jeśli nie ten dom buduję? Ten kamień nie pasuje – ale jeśli Bóg mi go podaje znowu do ręki z uśmiechem po raz drugi?

Ale to dopiero początek odrzucenia.

Czy robiłeś kiedyś wszystko dla kogoś? No tak z całego serca, nieba przychylałeś? Matki to najlepiej pewnie poczują, bo to ich stałe uczucie. I nagle dociera do ciebie, że tak naprawdę zostałeś odrzucony. Nieważne teraz to, że bywa, iż szatan gra akordy i oboje czują do siebie to samo. Bo tak działa odrzucenie. Odrzucający od razu pada ofiarą odrzucenia i nosi jakoś na sobie konsekwencje. Ale nie o tym teraz. Czujesz ten ból i bezradność i gorycz, kiedy robiłeś wszystko, a on/ona/oni po prostu mają swoje sprawy i nie chcą nawet odebrać telefonu? A dodatkowo o tobie mówią, że ich zaniedbałeś, odrzuciłeś?

O gdybyś poznał dzień twojego nawiedzenia... i płakał nad Jerozolimą, nad ludźmi, nade mną. Bo nie przyjęli, nie rzucili się w objęcia, nie przylgnęli sercem, aby słuchać nauki. Wzgardziłem, odrzuciłem i odszedłem do swoich spraw.

Jezus został jeszcze odrzucony przez starszyznę. Jeśli my mielibyśmy to sobie wyobrazić, to tak jakby papież, biskup i proboszcz, po zapytaniu teologów, wydali na ciebie wyrok. Wszyscy wierzący w Boga uważaliby, że potępiając ciebie, czynią wolę Boga. Usunęli cię ze wspólnoty i oficjalnie wydali ostrzeżenie przed tobą. Więcej – mieli przekonanie, że w imieniu Boga skazują cię na najgorszy wyrok i potępienie przez haniebną, publiczną karę śmierci.

Kiedyś przez sekundę Bóg zatrzymał mój wzrok na Jezusie na krzyżu i przekazał odrobinę zrozumienia i czucia do głowy, i serca. Nagle poczułem pogardę i drwiny tych, których nie widziałem – stali wokół mnie pod krzyżem. Dotarło, że Jezus został opuszczony przez bliskich i odrzucony w imię Boga przez lud. Został wydany wyrok pogardy i tej pogardy, pozwalającej na wszystko w tym momencie, prawdziwie doświadczał. Poza kilkoma ludźmi w nikim nie miał wsparcia. Więcej, czuł się opuszczony i skazany tak, jakby ten wyrok był prawdziwy i rzeczywiście Bóg go ukarał. Odrzucony, totalnie sam, uznany za nic. Odrzucenie, hańba, poniżenie, tłum zwrócony przeciw Niemu...

Nic nie wiem o tym, co Jezus czuł. Nie dociera to do mnie. Bo gdybym wiedział, gdyby wreszcie dotarło... A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie (J 17,19-20). Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.