Wiedząc zaś, że jedna część składa się z saduceuszów, a druga z faryzeuszów, wołał Paweł przed Sanhedrynem: Jestem faryzeuszem, bracia, i synem faryzeuszów, a stoję przed sądem za to, że spodziewam się zmartwychwstania umarłych. Gdy to powiedział, powstał spór między faryzeuszami i saduceuszami i doszło do rozdwojenia wśród zebranych. Saduceusze bowiem mówią, że nie ma zmartwychwstania, ani anioła, ani ducha, a faryzeusze uznają jedno i drugie. Zrobiła się wielka wrzawa, zerwali się niektórzy z uczonych w Piśmie spośród faryzeuszów, wykrzykiwali wojowniczo: Nie znajdujemy nic złego w tym człowieku. A jeśli naprawdę mówił do niego duch albo anioł? Kiedy doszło do wielkiego wzburzenia, trybun obawiając się, żeby nie rozszarpali Pawła, rozkazał żołnierzom zejść, zabrać go spośród nich i zaprowadzić do twierdzy. Następnej nocy ukazał mu się Pan. Odwagi! - powiedział - trzeba bowiem, żebyś i w Rzymie świadczył o Mnie tak, jak dawałeś o Mnie świadectwo w Jerozolimie.

     Paweł jest autorem, powodem wzburzenia, zamieszania, kłótni nawet -  i co słyszy od Boga? Odwagi, brawo chłopie, tak trzymać! O co tutaj chodzi? Mieli niezły orzech do zgryzienia ci biedni faryzeusze i saduceusze. Biedni, bo tak mocno pozamykani w swoich religijnych schematach, że nie dostrzegali już obecności żywego Boga i to im Paweł rozwala i słyszy od Boga: super, sam bym tego lepiej nie zrobił. A oni pewnie zgrzytali na Pawła zębami i szykowali zasadzkę ..., bo był im niewygodny.            

    No dobrze, a gdzie w tym wszystkim dzisiaj ja jestem?  Burzę swoje schematy, pozwalam prowadzić się Duchowi, który niewiadomo kiedy, ani skąd przybędzie, czy też jestem niewolnikiem  własnych formuł wiary? Brzmi ostro: to co, jak mam się teraz modlić - już słyszę zarzuty? Tymczasem już papież Benedykt przestrzegał, iż właśnie skostnienie formuł naszej wiary jest tym, co nie pozwala na relację z Bogiem. (Homilia wygłoszona w Warszawie w 2006 r.)