Jezus powiedział do swoich uczniów: «Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej».

 

Ewangelie, które słyszeliśmy w poprzednie niedziele, chociaż były nieraz bardzo trudne do zrozumienia, to jednak wlewały nadzieję, napełniając nas pokojem w pokonywaniu wszelkiego zła w naszym życiu.

Dzisiaj Chrystus jest zupełnie inny, a Jego przesłanie na pierwszy rzut oka nas przeraża. Nie sposób nie zauważyć ogromnego napięcia w tym krótkim fragmencie ewangelicznym.

Jak to jest? Przecież niejednokrotnie słyszeliśmy, że Chrystus jest Księciem Pokoju i Jego największym pragnieniem jest to, aby zapanował pokój między nami. A dzisiaj słyszymy, że nie przyszedł przynieść światu pokój, lecz rozłam… Czy coś się zmieniło w Jego nauczaniu? Nie. O jaki ogień i jaki chrzest chodzi?

Chrystus, mówiąc o ogniu, niejako zapowiada swoją mękę. Bo przecież Jego śmierć na krzyżu była całkowitym zanurzeniem po szyję w wodzie cierpienia. To jest ten chrzest, o którym jest mowa. My jako ludzie dzisiaj mamy się zanurzać w obliczu Bożego Miłosierdzia, czyli pozbywać się wszelkiego zła.

Z kolei ogień, o którym jest mowa, symbolizuje nic innego jak przeogromną miłość Boga do człowieka, która właśnie objawia się na krzyżu w Jezusie Chrystusie naszym Zbawicielu. Pamiętamy fragmenty ze Starego Testamentu, kiedy Bóg objawia się w postaci ognia. Krzak gorejący, który płonął, ale się nie spalił, symbolizuje odwieczną miłość Boga. Stąd dla nas dzisiaj krzyż jest tym właśnie krzakiem gorejącym, bo z niego nieustannie wydobywa się dobroć Boża, miłość, zatroskanie, cierpliwość i miłosierdzie.

I mimo to, że ten fragment o ogniu, który już ma być rozpalony, przeraża nas i niepokoi, to jednak musimy mieć na względzie to, że Chrystus pragnie, aby ten ogień Bożej miłości zapłonął w życiu każdego wierzącego. A został rozpalony właśnie w czasie chrztu świętego, z tym że nie zawsze ten płomień rzeczywiście jest podtrzymywany w naszym życiu.

Wiemy dobrze, że każdy grzech przygasza ogień Bożej miłości w nas. „Ogień można zgasić albo przykryć grubą warstwą popiołu, co sprawia, że nadal jest, ale tak, jakby go nie było” – pisze kard. Cantalamessa. 

Siostro i Bracie, w życiu najważniejsza jest cierpliwość w pokonywaniu wszelkiego zła. Czasy, w których żyjemy, są zupełnie inne. Dzisiaj jest moment na świadectwo naszej wiary, która tak jak ogień nieraz jest przygaszana. Ale nikt nie zdoła jej całkowicie zgasić. I to jest coś najpiękniejszego. 

Dlatego wszystko to, w czym pokładamy zwodniczą ufność, w czym upatrujemy swojego bezpieczeństwa, trzeba po prostu zniszczyć i spalić. Wydaje się nam, że tracimy wsparcie, pozbywając się tego wszystkiego, że jesteśmy słabi i bezbronni, ale właśnie wtedy, gdy w oczach tego świata straciliśmy wszystko, zyskujemy właśnie ten skarb, który przechowujemy w naszym życiu i dzięki któremu zawsze będziemy wolni.

Nie bójmy się ognia Chrystusowego, bo On niszczy to, co przemijające, doczesne, zwodnicze i grzeszne, po to, aby nas oczyścić i odnowić. Stąd my jesteśmy dzisiaj rozpalani tym ogniem, aby nieść światu pokój. Zacznijmy płonąć miłością dzięki słowu, które daje nam Bóg” – św. Augustyn.