Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów». A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie».

 

Uczniowie Jezusa widzieli wielokrotnie, jak usuwa się on na miejsce osobne i modli się do Boga. Mieli też doświadczenie modlitwy zdobyte od św. Jana Chrzciciela, bo przecież niektórzy z Apostołów byli wcześniej uczniami Jana. Każdy bowiem duchowy przywódca, nauczyciel mógł być autorytetem dla swoich uczniów tylko wtedy, kiedy sam był mistrzem w komunikacji z Bogiem. Ewangelista Łukasz nie mówi nam o motywach, jakie kierowały uczniami, którzy w końcu poprosili Jezusa, aby On sam nauczył ich modlitwy: czy była to zwykła ciekawość, czy może byli poruszeni i zafascynowani sposobem przeżywania modlitwy przez ich Mistrza? Jedno jest pewne – nauka o modlitwie udzielona uczniom nie była inicjatywą Jezusa, ale odpowiedzią na prośbę uczniów. Jezus nigdy nikomu nic nie narzucał z góry, nie wkładał na siłę do głowy, nie przymuszał do relacji z Bogiem. Zawsze mówił: „Jeśli chcesz…”. Tym razem też odpowiada na prośbę, pragnienie uczniów. Kiedy zobaczył to pragnienie w sercach Apostołów, natychmiast wprowadził ich w swoje doświadczenie Boga.

Zaczął od tego, żeby na modlitwie zwracać się do Boga „Ojcze”. To jest słowo klucz. Ono wyjaśnia wszystko i ustawia relację człowieka z Bogiem. Jakie musiało być zdumienie, a może i przerażenie uczniów, kiedy Jezus kazał im mówić do Boga „Ojcze – Abba – Tatusiu”! Ten Bóg, który był daleko, którego należało się bać, do którego nie można się było zbliżać, aby nie stracić życia, którego trzeba było przejednywać ofiarami składanymi za grzechy lub dla wprowadzenia potrzebnych łask – teraz staje się Ojcem. Ta relacja ustawia wszystko, bo czymkolwiek człowiek jest, cokolwiek czyni (czy dobro, czy zło), jakkolwiek żyje, zawsze pozostanie synem wobec Boga, który jest Ojcem, który go zrodził. Tej relacji nie da się wymazać, można ją jedynie odrzucić i zacząć żyć tak, jakby się nie było dzieckiem, ale niewolnikiem lub sługą Boga, którego człowiek uczynił na swój obraz i podobieństwo.

Dobrze byłoby zamienić w naszych modlitwach słowo „Boże” na „Ojcze”. Może wtedy czulibyśmy się bardziej synami Ojca Niebieskiego, a nie Jego wyznawcami…