Zawarcie sakramentalnego związku małżeńskiego jest bardzo ważnym i podniosłym momentem. Nic więc dziwnego, że państwo młodzi zabiegają, aby to wydarzenie było piękne i wzruszające. Kiedy tylko otworzymy Internet, znajdziemy bardzo wiele rozmaitych grup i osób indywidualnych oferujących pomoc przy tzw. „oprawie muzycznej“ ślubu. Cóż to jest takiego owa „oprawa muzyczna“? Czy muzyka wykonywana podczas Eucharystii z sakramentem małżeństwa może być nazwana „oprawą“? A czy muzyka wykonywana podczas każdej Mszy Świętej może być określana jako jej „oprawa“? Wiele osób zapewne powie, że tak, gdyż takie sformułowanie wielokrotnie pada z ust nie tylko osób, które tę muzykę wykonują, ale również z ust kapłanów, sióstr zakonnych, organistów, a nawet biskupów. Czy nie słyszeliśmy nigdy słów zachwytu nad piękną „oprawą muzyczną dzisiejszej liturgii“ lub podziękowań za nią? 

Jeśli przeniesiemy pytanie na grunt sztuk plastycznych, zaobserwujemy, że używane jest sformułowanie „oprawa do obrazu“. Oprawa, czy też rama, nie jest zatem obrazem. Mówi się nawet, że należy na podstawie dzieła, jakim jest obraz, dobrać właściwą ramę. Analogicznie zatem muzyka w liturgii byłaby jej swoistą „ramką“, czymś od niej innym i zewnętrznym, jakimś dodatkiem. I tu krystalizuje się problem, ponieważ najważniejsze dokumenty Kościoła katolickiego, takie jak Konstytucja o Liturgii Soboru Watykańskiego II czy Instrukcje Episkopatu Polski określają muzykę liturgiczną jako jej „integralną część“. Muzyka jest zatem elementem liturgii, czyli należy do niej. Nie jest żadnym dodatkiem!

Czy to znaczeniowe nieporozumienie, być może dla niektórych zupełnie nieznaczące, nie przynosi poważnych konsekwencji? Jeśli muzyka liturgiczna jest tylko dodatkiem do niej, to staje się swoistym „towarem estetycznym“, który należy odpowiednio sprzedać. Nie przysługują jej cechy, funkcje czy cele płynące ze związku z liturgią i może się kierować niezależnymi zasadami. Czy takiego oderwania nie obserwujemy szczególnie podczas Mszy Świętej z sakramentem małżeństwa? Swoiście rozumiany estetyzm jest dominantą w wykonywanej wtedy muzyce. Niektórzy opowiadają iście kuriozalne historie ślubne, które sami zaobserwowali albo znajdują w Internecie. Czy dla wielu chórów, schol czy zespołów muzycznych posługujących muzycznie podczas liturgii ta „zewnętrzność“ muzyki względem niej nie otwiera przestrzeni do bycia samemu kimś „zewnętrznym“ względem Boga i tajemnicy, którą się celebruje? 

Ponadto, myśląc „oprawa“, tworzymy muzykę liturgiczną, która jest pewnego rodzaju „opakowaniem“ dla liturgii. Tak jakby liturgia potrzebowała być dobrze zareklamowana i sama w sobie nie stanowiła pełni. I proszę dobrze zrozumieć, że nie jest to tożsame ze zgodą na artystyczny prymitywizm. 

Wszystko bierze się ze zrozumienia, że muzyka w liturgii jest jej integralną częścią. Ta prawda implikuje jej funkcje, dobór pieśni, sposób ich wykonywania oraz konieczność duchowej tożsamości z prawdami wiary osób wykonujących ją podczas liturgii. Jako integralna część liturgii „domaga się“, by być piękną i chce pomagać wiernym wejść w tajemnicę spotkania z Bogiem. Muzyka liturgiczna jest bowiem częścią tego „szczytu i źródła“ życia chrześcijańskiego, jak określa się Eucharystię. Taka perspektywa otwiera naturalnie nowe spojrzenie na każdą grupę wykonującą muzykę podczas liturgii jako na wspólnotę ludzi wiary. Ludzi, którzy poprzez swoje zaangażowanie w posługę muzyczną, idą drogą duchowego rozwoju, osobistego odkrywania Boga w życiu.

Nie twórzmy zatem „opraw muzycznych“ liturgii, ale chciejmy wciąż na nowo rozumieć, czym jest liturgia, by adekwatnie do jej istoty podejmować muzyczne wyzwania. Poznawajmy tę wspaniałą tajemnicę obecności Boga i Jego miłości do nas. A jeśli nawet jest to rzeczywistość obca naszemu życiu i przekonaniom, pozwólmy sobie na to, by nasza wrażliwość artystyczna stała się drogą do nowego widzenia i pojmowania, do czego Bóg nas zaprasza.