Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: «Effatha», to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: «Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę».

 

Na pierwszy rzut oka postać głuchoniemego jest mi daleka. Bo słyszę, mówię, śpiewam. Ale kiedy dłużej przysłuchuję się tej opowieści, to zauważam, że dotyczy także mnie. Bo jestem głuchy wewnętrznie. Nie słyszę Dobrej Nowiny, nie słyszę prawdy o sobie, nie słyszę wołania o pomoc moich braci i sióstr.

Jezus przychodzi z darem uzdrowienia, mówiąc do mnie: Effatha, Rafał! Otwórz się!

Otwórz się na prawdę o Ojcu, na miłość, którą dla Ciebie mam, na prawdę, która nie rani, ale uwalnia!

Cud, o którym dzisiaj słyszymy, dokonuje się na osobności, nie pośród tłumu. Bo może Jezus nie chciał rozgłosu i podziwu dla swojej mocy? Dla mnie jednak bliższa jest interpretacja, że mimo iż jest Bogiem wszystkich, to z każdym z nas chce mieć osobistą relację. Każdego z nas pragnie dotykać i uzdrawiać.

Odejdę na chwilę, pobędę z Nim sam na sam i będę prosił: bym usłyszał, abym przemówił!