Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz został posłany, aby zaświadczyć o światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?», on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?». Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?». Odparł: «Nie». Powiedzieli mu więc: «Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?». Powiedział: «Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak rzekł prorok Izajasz». A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zaczęli go pytać, mówiąc do niego: «Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?». Jan im tak odpowiedział: «Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała». Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.

 

Pamiętam dobrze, że gdy w czwartą niedzielę Wielkiego Postu założyłem ornat koloru różanego i stanąłem przed siostrami i braćmi, wyrwało mi się z ust: „I z czego tu się cieszyć?”. Limity wiernych, nieuczona niewiedza w temacie wirusa i wiele niewiadomych wywołujących większe czy mniejsze obawy wobec rosnącej bądź co bądź liczby zakażeń i tym podobne myśli w kolorach raczej bliższych czerni niż radosnym, jasnym barwom.

Oczywiście komentarz do czytań liturgicznych oparł się spodziewanemu zniechęceniu – doświadczenie pociechy niesionej przez Słowo Boga jest od wielu lat we mnie silniejsze niż to, co wydaje się zwycięstwem lęku i różnego stopnia beznadziei, za co szczerze i często dziękuję Bogu.

I odnoszę nieodparte wrażenie, że właśnie dlatego możliwość, by dziś, po kilku miesiącach, znów założyć różowy ornat, przypomina przede wszystkim o szczególnym momencie w czasie wschodu słońca, gdy poświata nowego dnia przybiera właśnie odcienie różu. Oczywiście narzuca się werset pieśni Zachariasza, w której szczęśliwy z narodzin syna kapłan śpiewa o litości, jaką ma Bóg, i nazywa Najwyższego „Wschodzącym Słońcem” (Łk 1,78). Zresztą cały Adwent prowadzi do mocnego chwycenia się tej nadziei i wytęsknionego objawienia się prawdziwego światła, które wyprowadzi z każdej ciemności.

Dlatego bardzo cieszy mnie pierwsze słowo dzisiejszej liturgii, którym jest proroctwo Izajasza. To nie tylko nadzieja na uwolnienie i błogosławieństwo, ale niesamowita pewność obecności Bożego Ducha, który namaszcza, posyła, uzdalnia i prowadzi. Każdy z nas na pewno kojarzy tę chwilę, gdy Jezus po powrocie do Nazaretu z czasu pustyni i zmagania z demonem otwarł właśnie ten fragment zwoju proroctwa i wyśpiewał prawdę o sobie samym. A gdy przerwał (dokładnie w tym samym miejscu co redaktorzy odpowiedzialni za kształt tekstu pierwszego czytania w lekcjonarzu), wszyscy zgromadzeni w synagodze zawiesili swój wzrok na wargach Chrystusa w oczekiwaniu na słowa o nadejściu czasu Bożej pomsty. Jednak ta obietnica nie została wypowiedziana – czas na zapłatę i pomstę przyszedł kilka lat później, w momencie ukrzyżowania i zmartwychwstania.

Wiedząc, że Bóg w taki sposób wypełnił proroctwa i że każdy człowiek może doświadczyć przebaczenia i miłosierdzia, tym uważniej słucham apostoła Pawła, który w ostatnich zdaniach pierwszego z listów do chrześcijan w Tesalonikach przypomina sprawy oczywiste i zachęca do wzajemnej odpowiedzialności za siebie. Wiem, co prawda, że Słowo Boga nie jest dane przypadkiem, ale objawia swoją aktualność w każdym czasie i miejscu, niemniej jednak poraża przenikliwość św. Pawła, który zdaje się doskonale wiedzieć o grożącej dziś pokusie zamknięcia się we własnych czterech ścianach, bo „przecież zdrowie jest najważniejsze”, zasłonięcia oczu, uszu i serca na „wyłamujących się z szyku”, małodusznych, słabych (por. 1 Tes 5.14), a przede wszystkim demonicznej prowokacji, by za doświadczone zło płacić tą samą walutą. Zatem wykorzystując autorytet apostolski, zachęca do radości z łaski, nieustannej modlitwy (szczególnie za niego samego, w czym naśladuje go wiernie papież Franciszek) i wdzięczności za wszystko. Chciałoby się powiedzieć: "nic dodać, nic ująć", ale przecież jeszcze jedno Słowo przygotował Bóg na tę „radosną niedzielę”. Co prawda już przed tygodniem pojawił się najważniejszy prorok Adwentu – Jan Chrzciciel, którego ewangelista Marek wprowadził na scenę wydarzeń zbawczych, ale dzisiejsza relacja ewangelisty Jana o swoim pierwszym nauczycielu zatrzymuje moje myśli wokół dwóch istotnych tematów – świadectwa i przyjaźni. Z jednej strony misją Jana Chrzciciela jest bycie „świadkiem światła”, które uwalnia ludzi z ciemności śmierci. To świadectwo poprowadzi Jana do takiej wierności słowu Boga, że dosłownie straci dla niego głowę, ale zanim to nastąpi, będzie demaskował hipokryzję „praktykujących niewierzących”. Prawdopodobnie nie spodziewał się, że Jezus, którego zapowiadał, Baranek Boga, a przecież Mocniejszy od Jana, chce zaprosić każdego człowieka do autentycznej przyjaźni ze Stwórcą i do wolności, która pozwala bez lęku oddać dłoniom Ojca Niebieskiego absolutnie wszystko.

A to kolejny z wielu powodów do radości i uwielbienia Boga za nasze zbawienie. Zatem – „Bez przerwy radujcie się w Panu. Jeszcze raz powiem: radujcie się. Wasza dobroć niech daje się poznać wszystkim ludziom. Pan blisko!” (Flp 4,4n).