Jezus powiedział do tłumów: «Podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko?» Odpowiedzieli Mu: «Tak». A On rzekł do nich: «Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare». Gdy Jezus dokończył tych przypowieści, oddalił się stamtąd.

 

Piekło nie jest puste. Bóg nie chciał tam ludzi, bo Ewangelia mówi, że jest to miejsce przygotowane dla Szatana i jego aniołów, tam będzie płacz i zgrzytanie zębami. Ale Jezus stale ostrzega, że ludzie mogą prowadzić życie, które tam się może zakończyć. Można znaleźć się w towarzystwie naszego nieprzyjaciela i oskarżyciela na miejscu jego wiecznej kary.

Grzech, który mieszka we mnie, grzech pierworodny sprawia, iż nie boję się tego, a przecież powinienem panicznie się bać. Naturalnie i łatwo się grzeszy. Cóż za ironia – Szatan obiecywał nam, że będziemy jak Bóg. To było takie atrakcyjne, niezależne, po swojemu… Zająłem miejsce Boga na tronie mojego życia. I niczego się nie spodziewając, stałem się jak Szatan – nawet łatwo mogę z nim spędzić resztę wieczności.

Pamiętam czas, kiedy żyłem z postawą „później się sprawami religijnymi zajmę”, teraz studia, pieniądze, samochód, miłość. Oczywiście czułem się przyzwoitym człowiekiem. I takie uspokajające, usypiające przekonanie, że z tym piekłem to nie jest tak źle, Bóg jest miłosierny i jakoś to będzie…

Tak naprawdę pamiętam zdziwienie, kiedy usłyszałem kiedyś zawarte w Piśmie słowa Jezusa o piekle, i dotarło do mojego umysłu, że tam będą tłumy. Dalej się nie boję panicznie, ale mój umysł już wierzy Jezusowi. Jak dobrze, że Jezus odnalazł mnie i zaprosił do powrotu. Zapłacił moje długi. Zaprosił do „bycia jak Jezus”.

Owszem, stale muszę się podnosić do walki, żeby spędzić z Jezusem kilka chwil, dostosowywać się w czynach do Jego standardów. Samo nic mi nie przychodzi, tak jakby to było nienaturalne, trzeba się naginać, niemal siłowo. Dosłownie tak, jakbym rzeczywiście w naturze swojej do niedawna „był jak Szatan”, ale teraz już mogę „być jak Jezus”. Gdzieś w sercu pojawiają się myśli od Ducha Świętego, łapię się na tym, że słyszę, jak gdzieś w tle słychać pieśń ze spotkań modlitewnych, pojawiają się teksty z Pisma...

Jezus przyszedł i naprawił wszystko, otworzył drogę, abym mógł stać się uczniem królestwa, i dał mi możliwość wybierania tej drogi w praktyce. Owszem, to nie dzieje się samo, tak jakby to była bardzo wąska brama i stroma ścieżka, a szeroka brama i przestronna droga stale kusi!

Ale skoro Bóg tak to zrobił, w ten sposób objawił swoją miłość i tak naprawił moją sytuację, to chcę Mu zaufać. Święci świadkowie twierdzą, że jeśli ktoś się zaprawia w walce i ćwiczy w dobrych wyborach i postawach, to ta sytuacja zaczyna się odwracać. Po prostu jestem na początku drogi.