Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

 

Dzisiejszy fragment Ewangelii opowiada o pierwszym cudzie, jakiego dokonał Jezus Chrystus u progu Swojej publicznej działalności. I powiem szczerze, że takie zachowanie Syna Bożego trochę mnie dziwi. Spodziewałbym się bowiem cudu bardziej spektakularnego, świadczącego o Jego mesjańskim posłannictwie. To prawda, że zamieniając wodę w wino, będzie uważany za człowieka niezwykłego. Uczniom to wystarczy, aby się przekonać, że ich Nauczyciel, to Ktoś więcej niż Prorok. Oni są już w stanie uwierzyć, że oto zaczynają się spełniać starotestamentalne zapowiedzi o mającym przyjść na świat Mesjaszu.

Czy jednak dla pozostałych weselników ten cud jest równie czytelny? Obawiam się, że nie. Gospodarze są szczęśliwi, że nie muszą się rumienić z powodu braku wina, a goście przez kolejne dni mogą korzystać z orzeźwiającego napoju. Pozostawiam jednak na boku te moje trochę prowokujące pytania. Wszak i ja wierzę, że nic w ekonomii zbawienia nie dzieje się przypadkiem. I Kana Galilejska została świadomie wpisana przez Stwórcę w historię naszego dorastania do tajemnicy największego cudu, jakim będzie Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Pomijając teologiczne komentarze, w sumie się cieszę, że Pan Jezus przyszedł ze Swoją Matką na wesele, że się uniżył do mentalności Swoich współziomków i że dokonał cudu, który dla wielu wydaje się dziwny, zwłaszcza w czasach współczesnych. Takiego Boga kocham i w takiego wierzę. To jest mój Bóg, to jest mój Emmanuel, zawsze bliski człowiekowi, nawet na weselu, kiedy brakuje wina.

Może i ja muszę zaczerpnąć łyk tego boskiego napoju, aby już na zawsze przylgnąć z pasją do mojego Pana Jezusa Chrystusa? Może i ja muszę się postarać o to, aby moje rytualne stągwie napełnione wodą przemienić w naczynia dające prawdziwe życie, autentyczną radość i miłość, która „jest przedniejsza od wina” (Pnp 1,2).