Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nie ma drzewa dobrego, które by wydawało zły owoc, ani też drzewa złego, które by dobry owoc wydawało. Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia, ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta. Czemu to wzywacie Mnie: „Panie, Panie!”, a nie czynicie tego, co mówię? Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, wezbrana rzeka uderzyła w ten dom, ale nie zdołała go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany. Lecz ten, kto usłyszał, a nie wypełnił, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. Gdy rzeka uderzyła w niego, od razu runął, a ruina owego domu była wielka».

 

Wskazówka Jezusa wydaje się prosta: po owocu poznaje się każde drzewo. Wystarczy patrzeć na owoce. Tylko że ja wciąż pędzę i nie mam czasu czekać na porę owocowania. Sądzę więc pośpiesznie, powierzchownie, przedwcześnie. Wydaję opinię, patrząc na korzenie, pień, liście lub kwiaty. Oceniam drzewa po śpiewie ptaków gnieżdżących się w ich konarach, gąsienicach żerujących na liściach, niekiedy nawet po stopniu trzeźwości stolarza czy drwala, którzy łasym okiem patrzą na pień drzewa.

Wciąż pędzę, a nie widząc owoców mojego pędu, staję bezradny wobec dylematu: jakim jestem drzewem? Złym czy dobrym?