Ale jeśli już to masz. I jeśli jakimś przypadkiem to czytasz, to… To czytaj dalej.


Bywa, że łapię się od czasu do czasu na rozkosznym bujaniu w obłokach męskich myśli planowania. Tak, bo co jak co, ale planować to my lubimy. Opracowywać strategię. Przyjmować poziom ryzyka. Liczyć siły. I – tak, to co najważniejsze – oszacowywać, ile z tego będzie dla mnie. Czy dana sprawa w ogóle ma prawo być warta mojego zachodu. Czy mi się w ogóle powinno chcieć nią zajmować.

I nie, nie wiem, czy samo takie myślenie jest w jakikolwiek sposób źle ułożone. Czy szukanie ludzi, którzy mogliby nam pomóc w realizacji zadania, jest w jakikolwiek sposób naganne. Bo skoro zdarza nam się pomóc – nawet zupełnie bezinteresownie – bliźniemu, to dlaczego od czasu do czasu także takiej pomocy nie przyjąć?

I gdy wreszcie koniec końców wszystko nam wyjdzie, gdy osiągniemy cel... Gdy dobrzy ludzie wokół nas stanęli na głowie, aby nam pomóc... Wtedy zwyczajnie w świecie się cieszymy. Uśmiechamy, radujemy. I na tym tak często wszystko się kończy. Dziś chciałbym ci zostawić bardzo krótką historię o tym, czego zwykle nam w takich sytuacjach brakuje. I jak to naprawić.

Ksiądz Marek miał problem. Nieważne jaki. To tutaj nieistotne. Ważne, że był to problem z kategorii nierozwiązywalnych. Z kategorii problemów, z którymi chodzimy spać. I z którymi wstajemy. Z czasem ludzie zaczęli podejrzewać duchownego o depresję. Co chwila ktoś podpytywał, czy dobrze się czuje. Wszak schudł, zmarniał na ciele. I mówił mniej niż zwykle. Coraz rzadziej wychodził z plebanii. Ludzie to widzieli. Ale nikt nie potrafił pomóc.

Ksiądz Marek wstawał każdego dnia o 4:30, aby o 5:00 odprawić Mszę Świętą. Taki był jego zwyczaj. Od dawien dawna. Pomimo niechęci, pierwszych objawów depresji nie chciał tego zmieniać. Zaciskał więc zęby, ubierał się, obmywał twarz, chwytał pęk kluczy od kościoła i ruszał w kierunku zakrystii. Tak było także tego dnia, gdy jego problem znalazł rozwiązanie. Cudowne. Opatrznościowe. To naprawdę dało się rozwiązać!

Ksiądz Marek znów zaczął się uśmiechać. Znów zaczął się cieszyć. Znów był rozmowny. Nie próbował nawet dociekać, kto i jak pomógł mu w rozwiązaniu dramatycznej sytuacji. Bo i po co? Przecież najważniejsze, że się skończyła.

Tego dnia wstał już bez charakterystycznego wcześniej przybicia. Raźno i wesoło. Ubrał sutannę, przemył twarz i ruszył schodami w dół. Zatrzasnął za sobą drzwi od plebanii. Lekko. Jak zwykle. By nie obudzić kleryka. Gdy trzymał dłoń na klamce, zobaczył kątem oka kawałek brązowego habitu. W pierwszej chwili był pewien, że to ktoś oczekujący na niego pod plebanią. Odwrócił się, aby zapytać, w czym może pomóc. Ale nikogo nie było. Pusto. Dziwne…

Szedł właśnie wzdłuż płotu okalającego świątynię, gdy z lewej strony wyraźnie spostrzegł wyłaniający się zza jego ramienia kosmyk siwej brody. Długiej, starczej brody. Serce zabiło mocniej.
– Ależ mnie pan przestraszył! – zakrzyknął, odwracając się, ale… znów nikogo nie zobaczył.
Tak dotarł do zakrystii. Był zupełnie sam. O tej godzinie żaden z jego ministrantów nie dawał rady wstawać. Ksiądz Marek sięgnął do szafeczki po mszał i lekcjonarz.
– A podziękowałeś? – usłyszał wtem wyraźny głos zza pleców.
Obrócił się spanikowany. Kto tu mógł wejść? Tak bezszelestnie. Bez zamknięcia drzwi. Serce łomotało coraz wyraźniej. Nikogo. Znowu nikogo.
– Kto tu jest? – zapytał głośno. – Proszę się nie wygłupiać!
Rozejrzał się po zakrystii. Nie była wielka. Zmieściłoby się w niej góra dziesięciu ludzi. Jeden przy drugim. Łatwo wszystko ogarnąć wzrokiem. Wystarczy jeden rzut oka. Wszystko jednak stało po staremu. Żadnego śladu bytności tu kogokolwiek. Drzwi nadal zamknięte. Nawet nie skrzypnęły.

Tym razem nie był już taki pewny siebie. Nieco drżącymi ze zdenerwowania dłońmi otworzył mszał. Pora zaczynać Mszę. Nie ma co rozmyślać. Gdy otworzył księgę, zobaczył datę…

Tak, to dzisiaj. 23 września. Wspomnienie św. Ojca Pio. Naraz wszystkie obrazy sprzed kilkunastu minut zaczęły wracać jeden po drugim. I ten brązowy habit. I ten kawałek siwej brody. I to szorstkie, acz życzliwe zupełnie zapytanie. Czyli jednak to nie było przywidzenie.
– Podziękować, no tak… Podziękować – wyszeptał z uśmiechem kapłan do siebie.

Nauka dla każdego z nas. Dziękujmy. Po każdym udanym (bądź nieudanym) projekcie. Po zakończonym sukcesem (bądź porażką) planowaniu. Po zdobyciu (bądź straceniu) ważnego kontraktu. Dziękujemy. Po prostu.

Podziękujesz?

czerniecki.net