Gdy Jezus usłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: „Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galileja pogan. Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło”. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: „Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. I obchodził Jezus całą Galileję, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał. I szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania.

 

Światłość, czyli Jezus nawiedza nasze pogranicza, czyli miejsca, gdzie nie ma jeszcze Jego światła. Czyżby to sprawdzian, jak przeżywam ostatnie dni okresu Bożego Narodzenia? Staję po stronie światła, mieszkam w tym, co ciemne, czy tęskniąc i pragnąc dobra – jednak nie idę za nim?

Jezus „osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu…” (Mt 4,13).
Jednak in vitro nie jest takie złe, natura też eliminuje zarodki…
Jest mi w zasadzie obojętne, czego się uczą dzieci. Nie mam już małych dzieci…
Ponieważ jest tyle nieuczciwej walki w polityce, nie pójdę na wybory. Zobaczę, co się będzie działo…
Kościół mógłby się trochę zreformować – ja jestem wierzący...
Każdy powinien móc wybrać sobie w cierpieniu czas, kiedy ma umrzeć – po co tu wprowadzać jakiś krzyż dodatkowy…

Właśnie na tych naszych pograniczach odzywa się Jezus: „Nawracajcie się…” (Mt 4,17). A św. Jan wzywa, aby uwierzyć w przedziwne przykazanie: „Przykazanie zaś Jego jest takie, abyśmy wierzyli w imię Jego Syna, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał” (1J 3,23).

Nawrócić się mamy do Niego, czyli przyjąć Jego życie jako nasze i każde życie, jak Jego samego. Przyjąć w zaufaniu również nasze braki i ograniczenia, przyjąć jak On cierpienie i śmierć. Szukać woli Ojca, a nie wygody lub tego, co mają inni i co mi się należy. Nigdy nie być biernym, ale opowiadać się, wypowiadać się, szukać i potwierdzać każde dobro, w każdym miejscu i czasie – tak jak Jezus.