Jan bowiem upominał go: "Nie wolno ci jej trzymać". Chętnie też byłby go zgładził, bał się jednak ludu, ponieważ miano go za proroka. Otóż, kiedy obchodzono urodziny Heroda, tańczyła wobec gości córka Herodiady i spodobała się Herodowi. Zatem pod przysięgą obiecał jej dać wszystko, o cokolwiek poprosi. A ona przedtem już podmówiona przez swą matkę powiedziała: "Daj mi tu na misie głowę Jana Chrzciciela!" Zasmucił się król. Lecz przez wzgląd na przysięgę i na współbiesiadników kazał jej dać. Posławszy więc kata, kazał ściąć Jana w więzieniu. Przyniesiono głowę jego na misie i dano dziewczynie, a ona zaniosła ją swojej matce. Uczniowie zaś Jana przyszli, zabrali jego ciało i pogrzebali je; potem poszli i donieśli o tym Jezusowi.

 

Lecz przez wzgląd na przysięgę i na współbiesiadników kazał jej dać. Lekkomyślnie złożona przysięga, ludzki wzgląd – oto bezpośrednie przyczyny śmierci Jana Chrzciciela. Ten, który wskazał całej ludzkości Uosobione Dobro ginie jak pospolity złoczyńca. Bezbronność dobra wobec panoszenia się pysznego zła. Dramat śmierci Jana Chrzciciela nieustannie się powtarza.

Ileż to dobra jest unicestwianego przez głupotę zamkniętą na odkrywanie prawdy, lekkomyślność czy wzgląd ludzki coraz bardziej wydający się wrogi wobec wartości chrześcijańskich. W imię poprawności politycznej, korzyści materialnych, lansowanej współcześnie mody na laickość wycisza się, a nawet uśmierca skrycie czy jawnie głosicieli prawdziwego dobra.

Jednak ostatnie słowo należy do Jezusa. On jest już zwycięzcą. Niech więc nas nie zniechęca porażka, nawet wielka, w oczach tego świata. Przeżyta w wierności Jezusowi już bowiem jest zwycięstwem. Prośmy więc o moc Ducha Świętego.