Faryzeusze zaczęli rozprawiać z Jezusem, a chcąc wystawić Go na próbę, domagali się od Niego znaku. On zaś westchnął w głębi duszy i rzekł: "Czemu to plemię domaga się znaku? Zaprawdę, powiadam wam: żaden znak nie będzie dany temu plemieniu". A zostawiwszy ich, wsiadł z powrotem do łodzi i odpłynął na drugą stronę.

 

Chyba zbyt często zdarza nam się nie odpuszczać. Często wręcz czekamy, by ktoś zaczął z nami (się) rozprawiać. Mamy przygotowane argumenty, by zmasakrować przeciwnika. „Nie ma szatana”, to ja w niego świadectwem egzorcyzmów, on we mnie pedofilią księży, to ja w niego przypadkiem kard. Josepha Bernardina. Ktoś we mnie cierpieniem niewinnych i pytaniem, „gdzie jest Bóg”, to ja w niego okultystycznymi korzeniami nazizmu i przykładami zbrodniarzy, którzy Boga odrzucili. I tak można bez końca..., a Jezus?

Przegrywa, wycofuje się, nie reaguje na zaczepkę, skupia się na wewnętrznym monologu. Najbliżsi słyszą Jego słowa pełne zdziwienia i smutku. Nawet nie podejmuje wysiłku, by trwać z godnością, w milczeniu, by iść dalej, omijając denerwujących faryzeuszy, tylko wycofuje się, „odpływa na drugi brzeg”.

Czy za takim Jezusem też gotowy jestem pójść? Czy jestem gotowy na porażki z Jezusem przy boku?