Ostatnio na pewnym spotkaniu, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, ktoś zapytał, czy osoba wierząca może mieć wątpliwości odnośnie do swojej wiary. Czy znając prawdy wiary, Tradycję, Pismo Święte można wątpić, tracić sens tego, w co się wierzy? Dziś to pytanie wróciło do mnie ze szczególną mocą. W dniu, w którym piszę te słowa, byłam na pogrzebie. Zanim rzuciłam się w wir codziennych obowiązków, musiałam się zatrzymać. Po drodze z kościoła weszłam do kawiarni, zamówiłam sobie kawę i próbowałam w jakiś sposób okiełznać rozdygotane emocje. Próbowałam zapanować nad pytaniami, które tak bardzo kłębiły się w mojej głowie. Mnóstwo pytań „dlaczego?”, a żadnej sensownej odpowiedzi. Bo jak znaleźć sens w sytuacji, kiedy po bardzo krótkiej, ale niezwykle podstępnej chorobie odchodzi młody mężczyzna, który jeszcze tak wiele mógł zrobić dla swoich najbliższych czy dla tych, wśród których pracował? Jak wytłumaczyć ten sens małemu, osieroconemu dziecku, które przy trumnie taty trzyma w małych rączkach czerwoną różę i patrzy przestraszonym i zdezorientowanym wzrokiem na to, co się dzieje? Jak ten sens wytłumaczyć pogrążonej w smutku żonie? Przecież mieli tyle wspólnych planów, tyle wspólnych rzeczy chcieli razem zrobić, mieli się razem zestarzeć i spacerować za rękę. I nic z tego nie wyszło. Dziś są tylko pustka, tęsknota i ból przeszywający wręcz do szpiku kości. I te pytania, na które nie ma sensownej odpowiedzi: dlaczego? dlaczego? dlaczego?
    
Rok temu bliscy znajomi pochowali swojego kilkuletniego syna. Jak im wyjaśnić sens tego wydarzenia? W takiej sytuacji od razu cisną się na usta pytania: Dlaczego Pan Bóg na to pozwolił? Dlaczego nie wysłuchał modlitw tych wszystkich ludzi, którzy prosili o uzdrowienie tego dziecka? Dlaczego był On tak okrutny i tak bardzo ich doświadczył? Czym sobie zasłużyli na takie traktowanie? Dlaczego akurat ich to spotkało?
    
Podobne pytania zadawałam sobie także i ja, kiedy prawie trzydzieści lat temu odeszła moja mama. Młoda kobieta, która w zasadzie nigdy nie chorowała. Wiadomość o tym, że to choroba śmiertelna, spadła na mnie jak grom z jednego nieba dokładnie na dzień przed maturą. Przepłakałam cały dzień i noc, z zapuchniętym i podkrążonymi oczami poszłam na egzamin. Nauczyciele się śmiali, że pewnie dlatego tak wyglądam, że tak dużo się uczyłam, zamiast się wyspać. Mnie do śmiechu nie było. A potem kilka miesięcy życia w błogiej naiwności, że wszystko się ułoży, że będzie dobrze, że młody organizm sobie poradzi. Ale sobie nie poradził. Po ludzku bezsensowna sytuacja. Nie rozumiałam jej wtedy, dzisiaj też – mimo tylu lat – do końca nie potrafię jej zrozumieć. Nie potrafię dostrzec sensu w tej bezsensownej śmierci. Ale się nie poddaję i głęboko wierzę, że kiedyś ten sens odnajdę i zrozumiem to, co się wydarzyło.
    
Nie jestem wyjątkiem. Takich momentów wątpliwości, czy ten sens faktycznie istnieje, doświadcza wiele osób. „To trudne doświadczenie” – przekonuje ks. Krzysztof Grzywocz w wywiadzie umieszczonym w książce Na początku był sens. Jednocześnie dodaje, że może ono być dobre i potrzebne, „może być formą łaski, jakimś znakiem Boga”. Jeśli człowiek pojedna się z tymi chwilami, wtedy ten brak nie niszczy i nie zamyka.
    
Szukam sensu tego, co z pozoru bezsensowne, bo wiem, jak istotne jest poczucie sensu. Sens, nawet jeśli pojawiają się pytania i wątpliwości, jest lepszy niż bezsens, bo jak podkreślał Viktor Frankl, brak sensu rozbija, depersonalizuje, wręcz zabija. Ten więzień obozu koncentracyjnego, w którym zginęła jego żona i wielu jego bliskich, po jego opuszczeniu chciał odebrać sobie życie. Stojąc nad rzeką w Monachium, nagle zrozumiał, że sens jednak istnieje, że jest, choć pozostaje jeszcze dla niego zakryty. Ksiądz Krzysztof Grzywocz nie ma wątpliwości, że dla Franka doświadczenie sensu miało niemal wymiar mistyczny. I przekonuje, że bezsens wyłącznie zamyka, a sens otwiera. Bywa, że pojawia się on w sposób dyskretny, niezauważalny, wręcz delikatny. Ale jest. Ja w to, mimo chwilowych wątpliwości, głęboko wierzę.