Bałam się trochę powrotu mojego syna do przedszkola po wakacjach. Tym bardziej że jego rozłąka z przedszkolem trwała pełne wakacje, czyli dwa miesiące. Poza tym to jego drugi rok w przedszkolu i już same wakacje były dla niego pewną nowością. Z kolei ostatnie tygodnie przed wakacjami były czasem, kiedy na hasło "przedszkole" syn reagował dość dwuznacznie.

Tak jak my przeżywamy niekiedy dość mocno powroty do codzienności po udanym urlopie, tak dzieci również, a może i jeszcze bardziej. Nie zawsze są to trudne emocje. Dzieci, szczególnie te najmłodsze, wbrew pozorom cieszą się na spotkanie z panią, kolegami, zabawkami. Choć i one nieraz odczuwają lęk przed codziennym rozstaniem z rodzicami, wczesnym wstawaniem. Wakacje, choćbyśmy starali się trzymać pewien reżim i plan dnia, są czasem rozluźnienia, odpoczynku również od codziennych zasad. Trudno nagle się przestawić. Towarzyszą temu różne emocje – od ekscytacji po lęki, nerwowość. 

Kiedy nastał dzień powrotów, uświadomiłam sobie, że w niemal każdym domu, gdzie są dzieci, przeżywane są te same rozterki. Każdy rodzic na progu przedszkola prawie zawsze rozmawiał o tym, jakie nastroje panowały przed przyjściem do przedszkola. Każdy też miał różne spostrzeżenia i swoje metody, by w pewien sposób sobie i dziecku ułatwić start w nowym roku szkolnym.

Mój syn na wzmianki o powrocie do przedszkola reagował dość spokojnie. Nie usłyszałam od niego żadnego sprzeciwu. Wszystkim dookoła opowiadał, że będzie już starszakiem, był z tego powodu bardzo dumny. Poza tym w wakacje spacerowaliśmy w okolicach przedszkola, zaglądaliśmy na plac zabaw, opowiadał mi, która jego część będzie należeć do jego grupy. Na zakupach tzw. ubraniowych przeważały wzory misiów, bo tak nazywa się jego obecna grupa. Gdzieś temat przedszkola ciągle się przewijał. Myślę, że był świadomy, że przyjdzie czas, kiedy w końcu do niego wróci. Szczerze mówiąc, nie zdążyliśmy jakoś specjalnie się przygotować na dzień „zero”. Wszystko potoczyło się dość naturalnie, pomimo że planowaliśmy rozmowy, czytanie bajek, wcześniejsze chodzenie spać i pobudki. Byliśmy spokojni zwłaszcza po wizycie jego ulubionego kolegi. Cały Boży dzień spędzili razem na zabawie, nie mogli się nagadać i już snuli plany, co będą robić w przedszkolu. 

Faktycznie, pierwszy dzień był naprawdę dla mnie dniem satysfakcjonującym. Spokojne, bez nerwów wstawanie, ubieranie się i pomaszerowanie do przedszkola. W środku czekały nas co prawda zmiany. I chyba bardziej ja się obawiałam, jak syn je przyjmie. Nowa szatnia i szafka, nowa sala i największe zaskoczenie – nowa pani. Na buziach dzieci, nie ukrywam, pojawiła się niepewność i lekka konsternacja. Jednak i to nie zmąciło jego opanowania i radości z powrotu do przedszkola.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Przynamniej w naszym przypadku. Myślę, że dużą rolę w tym wszystkim odegrała tęsknota i już pewne znużenie wakacyjnym nicnierobieniem. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nawet introwertyk potrzebuje innych ludzi i wyzwań. Nadal staramy się do tematu przedszkola podchodzić jak do wspaniałej przygody. Każdy kolejny dzień jest oczekiwaniem na to, co ma nastąpić. Tylko nasze obawy i lęki mogą zmącić ten spokój. Nasze zniecierpliwienie również. Dziecko musi czuć, że my także cieszymy się z jego powrotu do przedszkola, że nie jest to żadna jego przechowalnia. Nie ukrywam, kolejne dni nie były już tak kolorowe. Najtrudniejsze okazały się pobudki i poranne negocjacje na rozmaite tematy. Wiem, że błędem jest mówienie dziecku, że nam również ciężko wstawać i iść do swoich obowiązków, bo tylko wzmagamy jego lęki. A tych już na pewno nie można bagatelizować, a zwłaszcza w takim przełomowym momencie. Dla dzieci to przede wszystkim mieszanka przeróżnych emocji, często skrajnych. Raz się cieszą, raz płaczą. Rano jest ciężko, potem wracają i są wniebowzięte. A następnego dnia powtórka z rozrywki. Myślę, że taki stan może chwilę potrwać, ale z doświadczenia wiem, że nawet w środku roku szkolnego takie gorsze dni się zdarzają. 

Akceptacja to właśnie słowo klucz na wszelkiego rodzaju przełomowe chwile. I nie jest to proste. My potrafimy doskonale się w takich sytuacjach odnajdywać. Wiemy, że tak trzeba i się dostosowujemy. Dzieci wciąż się tego uczą. I wydawać by się mogło, że już wiedzą, na czym polegają powroty do szkoły, przedszkola, ale nawet po weekendzie muszą przejść swój okres adaptacji. Nasza akceptacja dla trudnych emocji i spokój, z jakim je przyjmiemy, dają dziecku ogromne poczucie bezpieczeństwa. Dajmy im czas. Pomóżmy im nazwać to, co je lęka, smuci. Nie zbywajmy ich, kiedy chcą podzielić się swoimi wrażeniami po każdym dniu, i odwdzięczmy się im tym samym. Nie wypytujmy, nie przepytujmy, czy zrobiło to, czy tamto, czy się zachowywało odpowiednio. Lepiej zachęcić do rozmowy, pytając o rzeczy, które sprawiły mu radość, a może zaskoczyły pozytywnie.

Ponadto zawsze dobrą opcją jest opracowanie na nowo rytmu dnia. Tak by dziecko wiedziało, co po sobie następuje, by nie było niepotrzebnie zestresowane nieoczekiwanymi sprawami. Wiadomo, że niekiedy plan może się zmienić, ale dzieci lubią mieć poczucie przewidywalności i stałości. U nas sprawdza się przygotowywanie dzień wcześniej ubrań do przedszkola, takie same wieczorne rytuały, wczesne wstawanie, wspólne śniadanie i spacer przed przedszkolem, a także czas na bliskość. 

Adaptacja do zmian czy nowości dotyczy całej rodziny. Wszyscy domownicy przechodzą je różnie. Nie bójmy się ich, tylko dajmy sobie czas i przestrzeń, by się uporać przede wszystkim z lękiem przed porażką. I co najważniejsze, etap adaptacji jest zazwyczaj etapem przejściowym, nie trwa cały czas. Po burzy zawsze wychodzi słońce.