Jezus powiedział do swoich uczniów: «Teraz idę do Tego, który Mnie posłał, a nikt z was nie pyta Mnie: „Dokąd idziesz?” Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce. Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Paraklet nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, to poślę Go do was. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie; o sprawiedliwości zaś – bo idę do Ojca i już Mnie nie ujrzycie; wreszcie o sądzie – bo władca tego świata został osądzony».

 

Ewangelia, którą dziś czytamy, to fragment mowy pożegnalnej, którą Jezus wygłosił do swoich uczniów. Wyobraźcie sobie, jak smutni i załamani musieli być uczniowie. Oto dowiadują się, że ich Mistrz ma ich opuścić. Ten, z którym związali swoje życie, odchodzi do Ojca. Apostołowie, chcąc być uczniami Jezusa, odchodzili ze swojej pracy, czy nawet od rodziny, a teraz ma zabraknąć Tego, który był sensem ich życia? 

Jezus doskonale rozumie swoich uczniów. Jest Bogiem, który zna ludzkie serca, wie, jakie uczucia nam towarzyszą. Dlatego też zostawia uczniom obietnicę. Nie zostaniecie sami. Ja idę teraz do Ojca (prościej można powiedzieć, do nieba), ale poślę wam kogoś, kto was pocieszy. Tym kimś jest trzecia osoba Trójcy Świętej – Duch Święty. Paraklet – Pocieszyciel. Żeby jednak mogło się to stać, najpierw Jezus musiał zostać uwięziony, okrutnie torturowany i w końcu ukrzyżowany.

Niestety, wszystko to było konieczne, byśmy i my mogli podążyć za Jezusem do nieba oraz by zstąpił Duch Święty. Pamiętajmy, bez Niego nie byłoby Kościoła, naszej wiary, a i my nie potrafilibyśmy się modlić. Tak to już w naszym życiu bywa, że ze smutnych i tragicznych zdarzeń Bóg potrafi wyprowadzić wspaniałe owoce.