Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: «O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą, a nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia».

 

W dzisiejszej Ewangelii spotykamy Jezusa, który zdeterminowany w swojej miłości do człowieka, idzie do Jerozolimy, aby w niej za niego umrzeć. Będąc już u granic Świętego Miasta, na jego widok zaczyna płakać. W tych swoich najgłębszych uczuciach objawia się nam w prawdzie swojego człowieczeństwa.

Jednak bardzo ciekawy jest motyw Jego żalu, bólu i płaczu, jaki otwarcie wyraża. Nie są nim bowiem jakieś niemoralne czyny człowieka czy grzechy, które zakwalifikowalibyśmy jako sprzeniewierzenie się Bożym przykazaniom. Jezus płacze nad ludźmi, którzy „nie rozpoznali czasu ich nawiedzenia”. Co to był zatem za czas? Ewangelia określa go na różne sposoby: jako czas łaski, czas nadejścia królestwa Bożego, czas przyjścia Mesjasza, czas zapanowania na ziemi pokoju, czas, w którym ciemność ziemi została rozproszona przez Wschodzące z wysoka Słońce itd.

Możemy sobie więc zadać pytanie: Co jest prawdziwą przyczyną bólu i łez Jezusa? – ostatecznie nie są nią nasze niemoralne czyny, ale nasza ślepota na Jego łaskę, nasza nieumiejętność rozpoznania sposobów Jego przychodzenia do nas, Jego ścieżek, po których kroczy, aby się do nas zbliżyć i nas nawiedzić. Ostatecznie zatem Jezusa boli najbardziej to, że Go nie znamy, że Go nie dostrzegamy w Jego zbawczym działaniu w naszym życiu. Dlatego przed swoją śmiercią, w Wieczerniku Chrystus modlił się za swoich uczniów wszystkich czasów: „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa”.

Życie duchowe człowieka nie polega na unikaniu grzechu, ale na poznaniu Boga, rozróżnianiu Jego działania w nas i przyjmowaniu Go w wolnej relacji miłości.