Rodzice mają różne strategie na pozbycie się lęków i nieprzyjemnych odczuć swoich dzieci. Najczęściej to mamy przychyliłyby dzieciom nieba i wzięły na siebie wszystkie ich troski. Tatusiowie czasami działają zupełnie na przeciwległym biegunie i pozwalają na niemalże wszystko, a płacze, lęki uznają za coś, co dzieci hartuje, co sprawi, że będą twarde. Dawniej rodzice w ogóle starali się tłumić nasze nieprzyjemne odczucia jako destrukcyjne, niegrzeczne. 

Żadna z tych strategii nie jest dobra, ponieważ żadna tak naprawdę nie pozwala dziecku przeżyć i, co ważniejsze, zrozumieć, skąd się wzięły dane emocje, i zaakceptować je – uznać, że tak czasem bywa, że się złości, denerwuje, niepokoi, nie zgadza się na coś. Ponadto żadna z tych strategii nie stawia nas, rodziców, w dobrym świetle, ponieważ bardziej skupiamy się na własnych przeżyciach, kiedy w danym czasie nasze dziecko wyraża własne emocje, których nie chcielibyśmy u niego widzieć. Wtedy tak naprawdę, zamiast okazać mu swoje zainteresowanie i akceptację, skupiamy się niestety na uciszaniu. Nawet nie podejmujemy próby zrozumienia, nie chcemy się dowiedzieć, co tak naprawdę się stało.

Mama, która skupia się na własnym przeżywaniu albo robi wszystko, by odwrócić uwagę dziecka od nieprzyjemnych konsekwencji, czy w ogóle nadskakuje dzieciom, by wcale nie odczuwały „złych” emocji, tak naprawdę ignoruje swoje dzieci i to, że mogą czuć coś innego niż radość. Ile razy zdarzyło mi się na płacz czy sprzeciw synka powiedzieć tylko „uspokój się”, bo tak naprawdę nie wiedziałam, jak poradzić sobie ze swoją bezradnością i chęcią pomocy. A ile razy słyszymy: nic się nie stało, po co płakać?, kiedy dziecko się uderzyło czy spadł mu lód na chodnik. Znowu zapominamy, że jest to nic innego, jak ignorowanie jego smutku. W jego dziecięcym rozumowaniu naprawdę stała się tragedia. Im starsze dziecko, tym trudniej jest nam je w pewien sposób przekupić, by zrezygnowało z płaczu, dążenia do swoich odczuć. Zastępujemy trudne emocje zabawkami, tysiącami różnych atrakcji. Dziecko czuje, że jest niesłuchane, nieważne.

Tato, który chce zahartować dzieci, też zapomina, że nie da się wszystkiego zignorować. Mając bardzo wrażliwego syna, czasem sama chcę go zachęcić do różnych rzeczy. Czuję, że czasem wywieram zbyt dużą presję, bo bardzo się boję, żeby pomimo wszystko umiał walczyć o swoje. Wtedy napotykam również na bunt, ścianę, bo okazuje się, że wcale nie daje to oczekiwanych efektów. Po prostu nie da się na wszystko uodpornić. Ważne, by dać dziecku w takich sytuacjach wsparcie albo pokazać mu, w jaki sposób może sobie radzić. To o wiele lepsze, bo zrozumie, że może czasem czuć się bezradne, przytłoczone, ale to minie. Poza tym wspierając, mamy pewność, że szybciej od nas będzie oczekiwał pomocy i nie będzie się bał o nią poprosić.

Najgorzej jest, kiedy nie dajemy w ogóle możliwości przeżywania „złych” emocji, a czasem i te przyjemne ignorujemy bądź nie pozwalamy się nimi zbyt długo cieszyć. Ponadto rozpatrujemy je jako coś niepożądanego. Przeżywanie czegokolwiek jest uznawane jako zachowanie dobre bądź złe. „Grzeczne dzieci się nie złoszczą”, „grzeczne dzieci nie płaczą”, „taki duży chłopak, a płacze”. 

Myślę, że większość z nas, mam, zgodzi się co do tego, że emocje należy dziecku dać przeżywać. Nie oznacza to z kolei, że powinniśmy na wszystko pozwalać i nie ingerować. Należy, kiedy w grę wchodzi bezpieczeństwo dziecka. Jednak wciąż zauważam, że wbrew pozorom najwięcej stresu dziecko odczuwa z powodu swoich rodziców. Chroniąc je, wciąż powtarzamy te same błędy, pomimo świadomości, jaką współcześnie mamy. 

Prosty przykład. Czasami tłumacząc dziecku różne napotkane sytuacje, tłumaczymy je ze swojej perspektywy. Jestem mamą, która przed ważnym wydarzeniem, jak wizyta u lekarza, dentysty, stara się przedstawić dziecku wizję, co mniej więcej je czeka. Oglądamy książki, filmy, dużo rozmawiamy o tym, że wizyta u lekarza jest potrzebna. Syn zazwyczaj jest dość dobrze przygotowany i najczęściej to działa. A jednak w gabinecie nie otworzy buzi, obrazi się czy odwróci się i nic nie zrobimy. 

Choć najbardziej nie lubię takich sytuacji, kiedy z synem rozmawiamy na temat wizyty u dentysty w sposób bardzo mocno odarty od jakichkolwiek emocji, wchodzenia w szczegóły zabiegu, po prostu suche fakty, co i jak. A i tak przed wejściem zawsze znajdzie się tzw. ciocia dobra rada, która powie: „O, a ty już do dentysty idziesz? Nie boisz się? Chyba nie, bo już taki duży jesteś?”. I cały nasz misterny plan bierze w łeb. W ogóle nie rozumiem niektórych ludzi, którzy w rozmowie z dziećmi za punkt honoru stawiają sobie, by je wystraszyć, wywołać zawstydzenie. Kiedy dziecko zostaje pod opieką dziadków czy cioć, zdarza się, że usłyszy pytanie, czy nie tęskni za rodzicami. 

Ustalając zasady obowiązujące w domu, też wydaje się nam, że bardzo świadomie podeszliśmy do tematu. Rozmawiamy, ustalamy, co chcielibyśmy osiągnąć i kiedy nie przynoszą nasze ustalenia efektów, też zdarza nam się irytacja, bo dziecko nie chce czegoś zrobić, na co przecież się zgodziło. Wtedy owszem dobrze odpuścić, bo ważniejsze jest mimo wszystko, by chciało z nami rozmawiać, znaleźć nowe rozwiązanie, niż iść w zaparte. Zapominamy, że ponownie myślimy z własnej perspektywy, że my czujemy odpowiedzialność za ustalone reguły. Natomiast dziecku może się odwidzieć albo może zrobić to, co miało, ale czuje się mocno rozczarowane. To trudne dla nas, dorosłych, ale musimy umieć zaakceptować, że nie jest zadowolone. I czy my w naszych dorosłych umowach zawsze czujemy satysfakcję?

Im mój syn starszy, tym nowe sytuacje wywołują w nim nieraz frustrację, smutek, rozczarowanie, panikę, zmęczenie czy znudzenie. Nie ukrywam, dla rodzica to trudne sytuacje. Czasami widzę, że nie umiem zareagować. Albo czuję bezradność, albo zniecierpliwienie. Wraz z mężem staramy się jednak współpracować i obierać jeden tor działania. Na tyle, na ile umiemy, omawiamy każdą trudną sytuację i staramy się, oczywiście w miarę delikatnie, siebie nawzajem napominać. Najtrudniej, zauważyliśmy, jest w takich sytuacjach nie popaść w pokusę, by krytykować i osądzać dziecko za to, co czuje.