Uczniowie przystąpili do Jezusa, pytając: «Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?». On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie przyjmuje. Baczcie, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych».

 

Zostawić dziewięćdziesiąt dziewięć na sto posiadanych i szukać jednej...

Nie ma istotnego znaczenia, czy chodzi o owce, czy o inne dobra. Kluczowe są proporcje. Zostawić w niepewności i zagrożeniu niemal wszystko, czyli potencjalnie stracić, aby szukać i ocalić maleńką cząstkę. W dobie dominacji wskaźników wydajności, zabiegania o pomnażanie dobra bez ryzyka strat takie podejście wydaje się być niedorzeczne, oderwane od realiów świata.

Dobrze, że Bóg nie kieruje się ekonomią, tylko miłością, miłosierną miłością. Dla Boga każdy człowiek, ta najmniejsza cząstka nieogarnionej ludzkości wszystkich czasów, ma niepowtarzalną wartość. Do każdego z nas Bóg posyła Syna, aby nas do Niego przyprowadził. Posyła swojego Syna, który szukając i ratując nas, traci wszystko - własne życie.

Czy przystępując do sakramentu spowiedzi lub uczestnicząc w Mszy św., staram się choć przez chwilę pomyśleć, jak wielką wartość mam w oczach Boga? Czy pamiętam, za jak wielką cenę mam na nowo przystęp do pełni miłości Ojca?