Kilka minut wcześniej zapytałem, czy mogę opisać jego historię. Dość osobistą. Dość dyskretną. Pozwolił.

Jego historia dotyczy wątku, o którym myśli prawdopodobnie dziewięćdziesiąt procent z nas. Facetów w stanie świeckim. Powołanych do małżeństwa. Oglądających się na ulicy za kobietą. Marzących o kobiecie swojego życia. Rozważających przenoszenie gór, aby tylko zdobyć serce tej jedynej.

Przyjaciel dość długo nosił się z decyzją. Czy próbować życia w zakonie, czy jednak zdecydować się na małżeństwo. Gdzie szukać uświęcenia? Gdzie się udać? Wreszcie zdecydował. Już wie. Pragnie tego drugiego. Chce odnaleźć zbawienie w życiu małżeńskim. Pragnie znaleźć żonę. Pragnie założyć rodzinę. Jest więc najprawdopodobniej dokładnie taki jak znaczna większość z nas. Czytających w tej chwili ten tekst.

– Słuchaj, a ty modliłeś się kiedyś o żonę? – zapytałem podczas jednego z naszych kolejnych spotkań.

– Do czasu zakończenia rozeznawania powołania raczej nie. Dopiero teraz, gdy podjąłem decyzję, że tego chcę... Dopiero teraz zacząłem o tym rozmawiać z Bogiem. I to nie raz, nie dwa…

Tak, poczułem zawstydzenia. Ten facet traktuje Boga na serio. Niejednokrotnie podczas naszej rozmowy nazywa Go „Tatą”, „potężnym Ojcem”. Czasem potrzebuję wręcz dopytać, o jakim „tacie” teraz mowa.

– Ty urosłeś… – zagadnąłem go innego razu, gdy staliśmy przed sobą twarzą w twarz. Do tej pory ewidentnie niższy, teraz był dokładnie mojego wzrostu. A ja przecież stałem w butach na grubej podeszwie butów trekkingowych.

– Tak, to możliwe… – wyszeptał zupełnie naturalnie. Dokładnie z taką miną, jak rozmawia się o wczorajszym oczekiwaniu na spóźniony tramwaj.

– Ale jak to? Przecież widzieliśmy się kilka dni temu! Wtedy wcale nie byłeś tak wysoki! Co się stało?! – ewidentnie nic z tego nie rozumiałem.

– Nic takiego. Poprosiłem po prostu Tatę o kilka centymetrów…

Nagle olśnienie. Połączenia faktów. Coś, na co klasyczny mężczyzna potrzebuje, jak wiemy, kilku chwil zastanowienia. Przypominam sobie, jak kilka tygodni temu usłyszałem od przyjaciela o pewnej dziewczynie. Że mu się naprawdę podoba. Że jest cudowna i takie tam… Ot, typowe określenia faceta znajdującego się pod wrażeniem spotkanej niewiasty. 

Usłyszałem, że chciałby podejść, że chciałby zagadać. Ale jednocześnie czuję pewien lęk. Swego rodzaju wstyd. Że pojawił się mały problem. Otóż, jak się okazało, dziewczyna była naprawdę bardzo wysoka. Przewyższająca przyjaciela o naprawdę kilka ładnych centymetrów.

Mężczyzna czuł pewien dyskomfort na myśl o rozmowie z pięknością, do której musi zadzierać głowę. I chyba każdy na jego miejscu czułby podobny dyskomfort… Czy jednak ktokolwiek z nas, znajdując się w takiej sytuacji jak ten przyjaciel, poprosiłby Boga, aby ten dał mu wzrost? Ot, proste, męskie, zupełnie naturalne pytanie człowieka w stu procentach wierzącego. Jest potrzeba. I wydaje się, że raczej potrzeba z kategorii tych dobrych. Potrzeba okazania miłości, otoczenia opieką, wreszcie zaś: zdobycia pięknej kobiety, w przyszłości może i żony. Przyjaciel więc poprosił. O wzrost. O dodanie kilku centymetrów.

I wiecie co? Otrzymał dokładnie to, o co prosił. Już po kilku tygodniach był wyższy. Mógł podejść, mógł zagadać.

I choć historia wcale nie zakończyła się jak w filmach – finalnie dziewczyna nie zechciała się umówić – nauka i wniosek z niej płynące był dla nas zupełnie inny. Stokroć cenniejszy. Mój przyjaciel po raz kolejny przekonał się, że Dobrego Ojca można prosić praktycznie o wszystko. Wszystko, co może przyciągnąć go do nieba. Do uświęcenia. 

Ktoś zapyta na koniec: a co się stało z jego nadprzyrodzonym przyrostem wzrostu? Co było po tym, gdy dziewczyna odrzuciła amory? Cóż… Wzrost nie był mu już potrzebny. Po kilku dniach, gdy go zobaczyłem, był znów niższy. Bóg dotrzymał obietnicy.