Ty, umiłowany Gajusie, postępujesz w duchu wiary, gdy pomagasz braciom, a zwłaszcza przybywającym skądinąd. Oni to świadczyli o twej miłości do Kościoła; dobrze uczynisz zaopatrując ich na drogę zgodnie z wolą Boga. Przecież wyruszyli w drogę, dla imienia Jego nie przyjmując niczego od pogan. Powinniśmy zatem gościć takich ludzi, aby wspólnie z nimi pracować dla prawdy.

 

Nie wiadomo, kim jest Gajus (imię niezwykle popularne w tamtym czasie), ani jaką funkcję pełni we wspólnocie. Pewne jest, że udziela gościny ewangelizatorom, a nawet więcej – zaopatruje ich na dalszą drogę, by nie cierpieli z powodu jakiegokolwiek braku, ale wypełniali posługę apostolską. I właśnie ta prostota gościnności przeniknięta szacunkiem wobec autorytetu prezbitera (takie określenie przylgnęło do apostoła Jana i nim się posługiwał jako imieniem własnym) przykuła uwagę Ducha Świętego i znalazła swoje miejsce w Biblii.

Dzisiejsze czytanie konkretnie i – muszę to przyznać – nieco boleśnie rozprawia się z pojawiającym się niekiedy we mnie przekonaniem, że dla imienia Chrystusa muszę koniecznie zrobić COŚ, a zapominam, że czasami wystarczy otworzyć trochę szerzej ramiona i po prostu przyjąć tych, których Pan sam przysyła, by zweryfikować moje głoszenie ewangelii miłości.