Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

Jan Chrzciciel przyszedł, aby przygotować ludzkie serca na przyjęcie Mesjasza i wskazać, że Jezus jest Zbawicielem. Nie było łatwo jego rodzinie pogodzić się z tym faktem, przyjąć Boży pomysł. Trzeba było iść pod prąd tradycji. Dać imię zaproponowane przez Archanioła Gabriela, które nie wpisywało się w tradycję rodu. Przejść próbę wiary, by w końcu uwierzyć, że to, co Bóg mówi, jest prawdą o ich synu, urodzonym przez kobietę, u której stwierdzono niepłodność.

Im większa misja do spełnienia, tym więcej pojawia się trudności. Ale rodzi się też zdolność do odłożenia osobistych ambicji, by zrobić przestrzeń działaniu Bogu.