Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę.

 

W III adwentową niedzielę spotykamy się w słowie Bożym z Janem Chrzcicielem. Był to prorok bardzo niewygodny dla współczesnych. Gdybyśmy na serio potraktowali Go dzisiaj, również i dla nas stałby się dość poważnym problemem. My również udajemy pobożnych i zatroskanych o życie naszych bliźnich chrześcijan, jak czyniły to tłumy nad Jordanem. Ich wzorem i my, jakże często stawiamy istotne pytanie, dotyczące jakości naszego życia: „Cóż więc mamy czynić?” Otrzymujemy wyczerpującą odpowiedź. Niech każdy postępuje zgodnie ze swoim powołaniem.

W Roku Bożego Miłosierdzia, niech każdy przyoblecze się w wyobraźnię miłosierdzia. Niech powtórnie odrodzi się w Duchu Św. i rozpali w sobie ogień Bożej miłości. Niech wzbudzi w każdym z nas tęsknotę za Bogiem oczyszczającym nasze serca. Abyśmy potrafili pszenicę naszych dobrych czynów zebrać do spichlerza, jako zadatek dóbr przyszłych. Zaś plewy wrzucić w ogień nieugaszony sakramentu pojednania. Wówczas nasza radość będzie pełna.