Każda mama chciałaby, by dziecko jej nie denerwowało i spełniało jej wszystkie oczekiwania. Niestety taka sytuacja to mrzonka i bardzo często w przypływie wielu negatywnych emocji nasze zachowanie odbiega od ideału. Po głębszym zastanowieniu się nad wspomnianym problemem zrodziło się we mnie pytanie, czy konieczne jest, by dziecko spełniało nasze oczekiwania. Czy wychowanie dzieci polega tylko na tym, by stale korygować ich zachowanie? Czy to nasze zdenerwowanie nie jest wynikiem tego, że sami byliśmy korygowani, zmieniani? W tym zdenerwowaniu często popełniamy te same błędy, czasem nieświadomie, a czasem wręcz odwrotnie. Przede wszystkim zakładamy złą wolę naszych dzieci, oskarżamy je, krytykujemy, a nierzadko upokarzamy. Tak trudno nam niekiedy po prostu przemilczeć błąd dziecka, że musimy jeszcze pognębić je  słownie. Może to dość mocne słowa i trudno nam się przyznać, że faktycznie tak możemy postępować. Jednak czy nie zdarzyło się nam powiedzieć: „a nie mówiłam” czy „zobacz, co znowu narobiłeś”?

Z pomocą przyszedł mi przeczytany niedawno wywiad z cenionym terapeutą i pedagogiem rodzinnym – Jesperem Juulem. W wspominanym wywiadzie Jesper Juul poddał krytyce tradycyjnie pojmowaną definicję wychowania. Nie ukrywam, że jego podejście do tematu stało mi się bardzo bliskie, ponieważ opiera się na szacunku do dziecka, a za punkt wyjścia postawił pogłębienie relacji z dzieckiem, rolę rodzica zaś określił jako dojrzałe przywództwo, przewodniczenie czy towarzyszenie dzieciom. Rodzic już nie wychodzi do swoich dzieci z pozycji siły, ale raczej mentora, kogoś, kto posiada doświadczenie życiowe, ale pozwala dochodzić dziecku do celu, jakim jest jego osobisty rozwój, w swoim tempie i na jego własnych zasadach. Jego podejście z pewnością nazwalibyśmy rewolucyjnym, bo kto z pokolenia naszych dziadków, a czasem i naszych rodziców poparłby pomysł takiego partnerstwa?

Zapytałam kilku osób, w tym swoich rodziców i znajomych, czym jest dla nich wychowanie. Wspólne dla wszystkich było dobro dziecka, troska o jego przyszłość i życiową zaradność. Pokolenie moich rodziców wychodziło raczej z pozycji strażnika, który decyduje i pilnuje, aby dziecko robiło coś poprawnie. To podejście okazywało się nadopiekuńcze. Młodsi rozmówcy wykazywali większą swobodę w relacji z dziećmi. W tym podejściu też można zauważyć pewne niebezpieczeństwo, jakim jest pozwalanie dzieciom na wszystko, czego zapragnie, brak hamulców, a rodzice mogą zostać postawieni w roli sponsora. Jak się szybko okazało, większość moich rówieśników będących zwolennikami drugiego opisanego podejścia w sytuacjach kryzysowych szybko rezygnowała ze swoich założeń na rzecz siłowych rozwiązań. To dość trudne, ponieważ większość z nas wyrosła na wychowaniu opartym na posłuszeństwie. I czujemy, że należałoby do swoich dzieci odnosić się z należytą wrażliwością, a czasami powtarzamy zachowania, które nas samych krzywdziły. Jest to dość uproszczona analiza zachowań rodziców, choć dająca pewien ogląd na trudności wychowywania samego w sobie.

Pomimo wielu błędów i upadków, jako matka, jestem całym sercem za rozumieniem wychowania jako pomagania dziecku w stawaniu się dorosłym. Właściwym torem do działania jest przewodniczenie dziecku, zrozumienie i akceptacja. Podejście autorytarne, owszem, osiąga cele, ponieważ dziecko skutecznie nauczy się wykonywać zadanie, będzie w końcu posłuszne. Jednak nie rozwinie się żadna głębsza relacja pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Dziecko będzie wiedziało, że rodzicowi należy się szacunek, jednak relacja będzie miała raczej formalny charakter. A kontakty mogą niestety ograniczać się do obowiązkowości. Dziecku  potrzebne jest towarzyszenie i przewodzenie, ponieważ nie posiada jeszcze doświadczenia. Jesper Juul podkreśla również, że wychowanie powinno być obustronną relacją, która jest zarazem relacją równorzędną.

Jako rodzice wiemy, że na nas spoczywa odpowiedzialność za wychowanie naszych dzieci i często z tej właśnie przyczyny posługujemy się rozwiązaniami, które zostawiają trwały ślad, piętno w myśleniu o sobie naszych dzieci. Krytykując czy obwiniając je w procesie uczenia się, dajemy im nic innego jak znak, że są złe, niegrzeczne. A przecież nie jest to prawda. Dzieci nie mają z natury złych intencji. Sama widzę po swoich dzieciach, jak bardzo chcą robić coś ze mną, pomagać mi w obowiązkach domowych. Dzieci chcą z nami współdziałać, chcą, byśmy byli zadowoleni. Kiedy coś im nie wychodzi, staram się, z naciskiem na słowo „staram się”, powstrzymać od wyjaśniania. Szczególnie nam, mamo, trudno nic nie skomentować, to czasem wbrew naturze kobiecej. Trzeba jednak pamiętać, że mamy prawo czasem odmówić dziecku czegoś bez uzasadnienia i nawet jeśli ono czuje, że to niesprawiedliwe, to w ten sposób uczy się, że tak niekiedy jest w życiu. A wszelkie wyjaśnienia w postaci kary czy groźby mogą znowu przechylić szalę na jego niekorzyść.

Ponadto Jesper Juul zauważa, że rodzice często mylą władzę z odpowiedzialnością. Czasami uznają te dwa pojęcia za tożsame, a w rzeczywistości tak nie jest. Boimy się dzieciom oddać odpowiedzialność za ich emocje, potrzeby, zachowanie. Należałoby raczej dzielić się z dziećmi odpowiedzialnością za pewne zachowania. A to jest możliwie tylko w drodze dialogu z dzieckiem. Ważne jest, żeby z dzieckiem postępować poważnie, to znaczy poważnie traktować jego oczekiwania. Jeżeli nie zgadzamy się z dzieckiem w jakiejś sprawie, to jasno mu o tym mówimy, bez krytyki. Wówczas jest pole do szukania innych rozwiązań. Jak również, oczekując zmiany postępowania w naszym dziecku, my również powinniśmy zmienić swoje. By być wiarygodnymi.

Zwolennicy władzy rodzicielskiej w rodzinie uważają, że dzisiaj w rodzinie góruje demokracja, że wszystko powinno być poddawane głosowaniu razem z dziećmi. I mają rację, że jest to błąd, ponieważ w rodzinie, w której bierze się za punkt wyjścia relacje, prym wieść powinny wymiana pomysłów, opinii, dzielenie się odczuciami. A mówiąc prościej – rozmowa. Tylko na tej podstawie dokonywać można pewnych wyborów, rozwiązań. Demokracja jest negocjowaniem, a dialog zaś wyrażeniem swoich potrzeb. I nie ma wówczas wygranych i przegranych.

Podobnie jest z wyznaczeniem sobie granic. Każdy członek rodziny powinien znać swoje potrzeby i swoje granice. Powinno się samemu stawiać sobie granicę i pilnować się, by nie stawiać ich innym. W rodzinie potrzebne są także reguły, które będą obowiązywały wspólnie wszystkich. Czasami jednak można zrobić wyjątek, zwłaszcza kiedy relacje są zaburzone, kiedy konflikt jest złożony. Czasami te reguły potrafią jeszcze bardziej oddalić od siebie członków rodziny. Dlatego w relacjach nie ma nic stałego. Reguły, nakazy powinny zmieniać się wraz z rozwojem naszych dzieci. My również razem z nimi się wychowujemy i się zmieniamy. Ważne jest, aby podejmując decyzję wiążącą nas, rodziców, i dziecko, dostrzegać i uwzględniać potrzeby dziecka, by wyjaśniać wszystko w taki sposób, aby dziecko zastanawiało się nad różnymi opcjami decyzji i mogło uwzględniać swoje potrzeby.

Dla współczesnych rodziców ważne powinno być wychowanie do odpowiedzialności. Branie odpowiedzialności za swoje życie jest długotrwałym procesem i my jako rodzice powinniśmy stworzyć dzieciom przestrzeń, by mogły się tego nauczyć już w dzieciństwie. Ta przestrzeń musi być równowagą pomiędzy oporem a uległością. Jedno i drugie będzie nas oddalało od naszych dzieci.