Ks. Marcin Czyż SDS – 32 lata, salwatorianin, od 2009 roku przebywa w Meksyku. Najpierw pracował w Campeche jako wikariusz w parafii św. Józefa Robotnika i administrator w szkołach salwatoriańskich, od 2011 roku przebywa na placówce w Meridzie, gdzie udziela sakramentów i pełni rolę kierownika duchowego, ale jak sam mówi: w Meksyku Ksiądz musi się znać na wszystkim. 

 

Ewelina Gładysz: - Kiedy spotkaliśmy się kilka lat temu i dzieliłeś się swoimi pierwszymi wrażeniami z pobytu w Meksyku, zapisała mi się w pamięci opowieść o pewnej rodzinie, która przyjęła Cię jak kogoś... swojego.

 

Ks. Marcin Czyż: Tam, na miejscu, są już przy mnie właściwie trzy takie rodziny, które traktują mnie jak swojego syna. Od początku otoczyły mnie płaszczem opieki, życzliwości i gościnności. Ta rodzina, o której ty wspominasz, rzeczywiście była pierwsza. Tworzą ją Carolina, Carlos i troje ich dzieci Carlos, Mateo i Luis.

 

Co było niezwykłego w ich postawie?

 

Ks. Marcin Czyż: Wyobraź sobie. Spotkali obcokrajowca, który w ogóle nie mówił po hiszpańsku, ale wszyscy chcieliśmy się porozumieć. Na szczęście dzieciaki znały trochę język angielski. Bardzo powoli rozpoczęła się nasza komunikacja. Co mnie w nich urzekło? Praktycznie codziennie pojawiał się ktoś z tej rodziny w naszej parafii z pytaniem: Ojcze, czy czegoś ci potrzeba? Ci ludzie doskonale wiedzieli i czuli to, że pojawił się ktoś zupełnie nowy w ich społeczności, człowiek innej kultury, z drugiego końca ziemi.

 

Orientowali się, gdzie leży na mapie Polska?

 

Ks. Marcin Czyż: Kojarzą, że gdzieś pomiędzy Niemcami a Rosją, więc pomijając pewien kontekst historyczny, źle nie jest. Warto dodać, że Meksykanie, kiedy widzą białego człowieka, nie są do niego aż tak otwarcie nastawieni, jak wskazywałaby na to ich kultura. Przede wszystkim ich pierwsza myśl - biały człowiek, a więc zapewne Amerykanin lub Kanadyjczyk. Tych pierwszych nie lubią z wielu względów historycznych. Natomiast zarówno z jednymi, jak i drugimi Meksykanie robią świetne „negocios” – Coś mu sprzedam o wiele drożej, niż bym mógł. A zatem biały człowiek to dla nich szansa na zwyczajny zarobek.

 

Kiedy dowiedzieli się, że jesteś Polakiem, to pomyśleli...

 

Ks. Marcin Czyś: Ich pierwsze skojarzenie z nami to Jan Paweł II, a więc bardzo dobry, święty człowiek.  Na drugim miejscu wymieniają Lecha Wałęsę, czyli dążenie do wolności, do solidarności. Zatem mają o nas całkiem dobre wyobrażenia.

 

W rodzinie, o której wspomnieliśmy na początku, jest troje dzieci. Można powiedzieć, że to rodzina wielodzietna. To typowy model rodziny w Meksyku?

 

Ks. Marcin Czyż: O rodzinie wielodzietnej w Meksyku mówimy wtedy, gdy wychowuje się w niej co najmniej dziesięcioro dzieci. I do niedawna to było całkiem normalne, że ktoś miał jedenastu, dwunastu braci. Dziś faktycznie najczęściej chyba spotykany model to ten z trójką lub z czwórką dzieci.

 

Rozumiem, że na taki model rodziny mają wpływ uwarunkowania społeczne, gospodarcze?

 

Ks. Marcin Czyż: Tak. Musimy pamiętać, że dopiero na początku lat 90-tych kobiety meksykańskie poszły do pracy, a do dziś wiele z nich zajmuje się tylko i wyłącznie wychowywaniem dzieci i troską o dom. Osobą odpowiedzialną za utrzymanie domu jest tu mężczyzna. Jak mocno zakorzeniony jest to model, widać już podczas ceremonii zaślubin. Przysięga jest taka sama jak u nas, obrączki też, ale kolejnym elementem uroczystości jest wręczenie przez mężczyznę srebrnych monet swojej żonie – symbolizuje to chęć zapewnienia jej wszystkiego materialnego, doczesnego. Później, po modlitwie „Ojcze nasz”, następuje moment specjalnego błogosławieństwa. Nakłada się na parę młodą „lazo” – bardzo duży różaniec, który symbolizuje ich jedność. A po Komunii św. małżonkowie otrzymują od rodziców Pismo Św. 

 

Jak wygląda życie religijne meksykańskiej rodziny?

 

Ks. Marcin Czyż: Religijność i duchowość w Meksyku ma zupełnie inny wymiar niż w Polsce. By to zrozumieć, trzeba dostrzec pewien kontekst. Przyjrzyjmy się np. lekcji religii. Tam uczęszczają na nią właściwie dzieci już w wieku żłobkowym, a te lekcje nie odbywają się na terenie placówek. Rodzice przyprowadzają maluchy, potem starsze dzieci, w końcu uczniów do sal przy parafii. I kiedy najmłodsi poznają Pana Boga, to tuż obok swoje katechezy mają również dorośli. Jest to więc czas duchowego wzrastania dla całej rodziny. Poza tym, to żywy, bliski kontakt z Kościołem. Nie obowiązek, powinność. W duchu prawdziwej radości świętują również różne patronalne uroczystości, poprzedzając je często wspólnym odmawianiem nowenny. Towarzyszą temu modlitwy, różaniec, śpiewy, a na końcu spotkanie przy wspólnym stole.

 

Ale taka codzienność? Rodzina meksykańska wstaje rano i...?

 

Ks. Marcin Czyż: Z jedną z rodzin miałem okazję spędzić ostatnio więcej czasu podczas wakacyjnego wyjazdu. Dzień rozpoczynali od wspólnej modlitwy. Wieczorem to samo. Przed każdym posiłkiem - nieważne, czy w domu, czy w restauracji - pamiętali o znaku krzyża. Zresztą jest on mocno obecny w przestrzeni publicznej i nikogo to nie dziwi. Wiara nie jest sprawą prywatną, czymś, co się ukrywa. Obecnie jestem kapelanem drużyny bejsbolowej, z Półwyspu Jukatan. Ci piłkarze - każdy, dosłownie każdy mecz rozpoczynają modlitwą. Udzielam im też specjalnego błogosławieństwa. Wszyscy mają przy sobie medalik z Matką Bożą. W drużynie są również protestanci. Oni także mocno szanują moment modlitwy.

 

Przegrane mecze nie zniechęcają ich do składania rąk?

 

Ks. Marcin Czyż: Nie zawsze można wygrywać. Poza tym, jeśli chodzi o momenty kryzysowe, oni nie przerzucają winy na Pana Boga. Zresztą bardzo rzadko spotykam się tam z pytaniem: Dlaczego mnie to spotkało? Meksykanie doświadczyli już tyle złego w historii swojego narodu, że raczej szukają wszędzie tych pozytywnych stron.

 

Czy w domach rodziny mają specjalną przestrzeń, gdzie spotykają się na modlitwie?

 

 

Ks. Marcin Czyż: Tak. Stoi tam świeca i obraz lub figurka Matki Bożej z Guadalupe. Właściwie ten obraz jest nawet w rodzinach niekatolickich. Dodatkowo meksykańskie rodziny często zwracają się ze swoimi sprawami do św. Judy Tadeusza i pomalutku, pomalutku rozpoczyna się również kult Jana Pawła II.

 

W Polsce obserwujemy pewne tendencje jeśli chodzi o kryzysy w rodzinie. Mamy coraz więcej rozwodów, rodzi się coraz mniej dzieci... A tam? Z jakimi problemami muszą się zmierzyć rodziny meksykańskie?

 

Ks. Marcin Czyż: Docierają tam niestety te złe tendencje z Europy. W tym sprawy związane z rozwodami. Ich najczęstszą przyczyną jest zdradza. To naprawdę duży problem związany z kulturą, życiem społecznym, czymś, co w skrócie możemy nazwać problemem „machos”. Niestety, w Meksyku nadal częste są sytuacje, kiedy przykładny mąż rodziny w jednej wiosce ma żonę i czwórkę dzieci, a w drugiej wiosce... to samo. Co dziwne ten mężczyzna utrzymuje je obie! Jednak jeszcze bardziej dziwne jest to, że owe zdradzane kobiety biorą winę na siebie. To myślenie na szczęście powoli zaczyna się zmieniać. Moją podstawową pracą duszpasterską na placówce, w której obecnie jestem - w Meridzie, jest sprawowanie sakramentów i kierownictwo duchowe. 75% mojego czasu poświęcam na kierownictwo duchowe, czyli towarzyszenie ludziom, w różnych perypetiach życiowych, a w związku z tym i duchowych, które ich spotykają. Odbyłem tam nawet kurs dla tanatologów i obecnie w sposób szczególny pomagam ludziom mierzyć się ze stratą, agonią i śmiercią osób bliskich.

 

Zatem wśród problemów, które nękają rodziny meksykańskie trzeba wymienić temat zdrady i przebaczenia. Poza tym problem dzieci homoseksualnych, problem alkoholizmu, narkomanii. To są sprawy, z którymi muszą się mierzyć na co dzień. I budujące jest to, że pierwszą osobą, którą proszą o pomoc, której ufają, jest ksiądz.

 

A co może zachwycać w rodzinie meksykańskiej?

 

To, co mi się osobiście podoba, to fakt, że spędzają oni ze sobą bardzo dużo czasu. Mimo iż równie dużo pracują (mało zarabiają, więc często pracują na dwóch, trzech etatach), ale szukają czasu, by być razem, a niedziela jest już dniem obowiązkowym.