Siedzę w przedszkolnym korytarzu. Gwar. Jedne maluchy zmieniają buty na kapcie, inne spódnice na leginsy, jedne płaczą (to z pewnością początek edukacji), inne z uśmiechem i zawrotną prędkością gnają do swojej sali. Siedzę...,  nasłuchuję co, gdzie i jak.

        Maluch, chłopiec w wieku mniej więcej 4 lat, z trudem tłumaczy mamie wyższość kapci zapinanych na rzepy nad tymi zwyczajnie wsuwanymi. Patrzę na tę mamę...- słucha. Ba! Patrzy maluchowi w oczy, starając się całą sobą zrozumieć, o co chodzi. Maluch, niestrudzony, wciąż tłumaczy, a ja czekam, co odpowie mama. Kiedy kończy, patrzy na mamę, a ona ze spokojem mówi: „Kacperku, jak te kapcioszki będą na Ciebie już za małe, kupimy drugie i obiecuję, że będą na rzepy”. Uśmiecha się, a maluch wiesza się na jej szyi.
        Siedzę i nasłuchuję...

     Jest i zdenerwowana mama, nieustannie mówiąca do swojego malucha: „Szybciej! Mówiłam w domu: pospiesz się. Przez CIEBIE spóźnię się do pracy”. Po czym zostawia w pół przebranego chłopca na przedszkolnym korytarzu. Nie wytrzymuję, podchodzę do małego, podciągam mu portki, delikatnie ręką przygładzam mu włosy i mówię, żeby wziął głęboki oddech (bo oczy ma pełne łez). Uspokaja się, biegnie do swojej sali.
     Jest i babcia, która poprawia warkocze swojej wnuczce. Nie mówią nic, ale widać między nimi miłość: dziewczynka przytula się do babci, macha rączką i powolnym, wręcz dostojnym krokiem idzie do swojej pani wychowawczyni. Babcia zostaje jeszcze chwilkę, spisuje jadłospis, przegląda galerię malarską. Ona jedna – wpatrzona jak w przysłowiowy obrazek – z głośną aprobatą mówi: „Same cuda tu”. Uśmiecham się do niej... Jakoś między nami zaiskrzyło coś miłego.

      Wychodzimy razem. To taka babcia sportsmenka. Na nogach adidasy, sportowa wiatroodporna kurtka, zdecydowany, szybki krok. Zaczepna jestem, więc zagaduję tę sympatyczną starszą panią. Nie idziemy w tę samą stronę, ale postanawiam zmienić ciut swoje plany i przez następne 15 minut jej towarzyszę. Doświadczam tego, co dziś takie ulotne. To moje 15 minut słuchania o rodzinie.
– Pani jest taka młoda – mówi do mnie Starsza Pani, dodając: – Nie zazdroszczę!
– O matko! – myślę – zaraz pewnie zbiorę za całą populację. Pytam: – A to dlaczego?
– Proszę Pani – odpowiada pani Irena (wszak przedstawiłyśmy się sobie) – a czego tu zazdrościć? Pęd, pęd, notoryczny brak czasu, telewizory w domach obecne niczym członek rodziny i brak stołu w kuchni.
No tak, fakt, cała prawda, tylko o co chodzi z tym stołem.
– Pani Ireno – wtrąciłam – ale co do tego wszystkiego ma stół?
– Droga Pani (prawdziwa dama ta pani Irena!), no jak to co? Stół to najważniejszy mebel w domu. Jest jak członek rodziny. Przy nim zawsze spędzało się czas, ten szczęśliwy i ten trudniejszy. Dzieliło się życie, smutki, radości. Przy nim jedzono codzienne obiady, odświętne wigilie czy śniadania wielkanocne. To on uzmysławiał nam tempo dorastania naszych dzieci – z perspektywy nóg, blatu i stojącego przy nim krzesła… Ludzie teraz tak rzadko kupują stoły. Teraz mają ławę, pilota i... ech...
      Wymieniłyśmy jeszcze kilka zdań, po czym każda z nas poszła w swoją stronę. Pani Irena zdecydowanie szybciej.

     Wróciłam do swojego „m”. Tak, mam stół, nawet taki większy. Siadam przy nim z bliskimi – rodzinnie i przyjacielsko. Faktycznie, on pamięta najwięcej. Przy nim siada i Mama, i Tata, i My. Nasze napięcia, brak czasu, pośpiech – znak pędu świata – nie są ważne, przecież zatrzymać można się zawsze, by znaleźć chwilkę, usiąść, dać sobie troszkę czasu. Bądźmy dla siebie. A jeśli nie macie stołu, koniecznie go kupcie, to najważniejszy mebel w domu.

Fot. sxc.hu