Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. Jezus im odpowiedział: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: „Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”.

 

W jednej ze swoich książek Wojciech Cejrowski opisuje niezwykłą historię, kiedy to pojechał na wymianę studencką do Stanów Zjednoczonych. Po wylądowaniu w Nowym Jorku musiał wraz ze swoimi towarzyszami odbyć podróż przez całe USA aż do Kalifornii, do San Francisco.

Tę drogę również pokonali samolotem. Jednak w kwestii powrotu grupa kolegów się poróżniła, ponieważ młody student Cejrowski zechciał poznać dokładnie Stany, podróżując lądem, podczas gdy jego kompania postanowiła, że zobaczy z wysokości samolotu tylko amerykańskie chmury.

Aby wrócić na zachodnie wybrzeże, zatrudnił się w firmie, która zajmowała się przerzucaniem aut na zlecenie. Amerykanie często się przeprowadzają, ale mało komu chce się jechać nawet kilka dni swoim samochodem na nowe miejsce zamieszkania, dlatego do transportu samochodu wynajmują specjalne firmy. Cejrowski mógł się więc do woli cieszyć oglądaniem Ameryki. Jedyną przeszkodą był czas, bo każdego dnia taki szofer musiał przejechać 500 mil, czyli ok. 800 km. Jeśli nie stawił się danego dnia w umówionym miejscu, to firma zgłaszała kradzież takiego auta na policję. Pomysłowy student z Polski, mając w dokumentach telefon właściciela samochodu, już pierwszego dnia podróży zadzwonił do niego, prosząc go o pozwolenie na wolniejszą jazdę, bo chciałby zobaczyć USA „kamień po kamieniu”, czyli jechać powoli. Właściciel był zachwycony. Powiedział, że oczywiście (no problem) i że może jechać nawet miesiąc, bo on się dopiero urządza w nowym miejscu i drugie auto mu na razie i tak niepotrzebne.

Potem kazał mu jeszcze codziennie do siebie dzwonić na KOSZT ODBIORCY, bo on sam nigdy własnego kraju nie przejechał w taki sposób i chce przynajmniej posłuchać, jak to jest. Cejrowski dzwonił każdego dnia, zgodnie z umową, a jego opowieści przy aparacie telefonicznym słuchała cała rodzina właściciela auta. Na końcu trasy Amerykanin zafundował mu jeszcze tygodniowy pobyt i zwiedzanie Waszyngtonu!

Dlaczego to opowiadam? Co jest w tej historii aż tak ekscytującego? Myślę, że w tej relacji można znaleźć wiele analogii do przeżywania naszej wiary. Bo zawsze jako chrześcijanin mogę wybrać dwie drogi – albo samolotem w przestworzach, albo samochodem po ziemi. Bo może się tak zdarzyć, że przeleci mi Adwent, Boże Narodzenie uznam tylko za rokroczny problem, bo trzeba piec, sprzątać, stroić i na dodatek iść jeszcze do kościoła, a po świętach wzbić się w przestworza i szukać lądowiska dla swojej duszy gdzieś około Wielkanocy. Zawsze będzie nam grozić taka powierzchowność wiary, że po prostu z lenistwa czy wygodnictwa nie będziemy chcieli poznawać tak na serio, jaki jest Bóg, kim jest Bóg, czego ode mnie chce. Co chce mi dać? To tu jest ta analogia do historii Cejrowskiego, bo mogę po prostu wziąć samolot i z obcego kraju wrócić do domu, a mogę też być bardziej ambitny, otwarty, wsiąść do czegoś, co jeździ po ziemi, i zwiedzać, poznawać, cieszyć się odkrywanym światem.

W obliczu trzeciej palącej się świecy na adwentowym wieńcu muszę siebie zapytać, czy ciągle lecę samolotem mojej wiary, czy może przemierzam dużo wolniej obszar mojego serca, przyglądając się mu baczniej. Gdzie jestem?

Tym, którzy wolniej przemierzają tereny własnego pola spotkania w Bogiem, On dziś przyprowadził gościa, aby nam pomógł – Jana Chrzciciela, tego, który żył na pustyni. Na jakiej pustyni my żyjemy? Raczej nie takiej z milionami ton gorącego piasku. Jan woła na pustyni, w której żyjemy – na pustyni naszych zatwardziałych serc, opanowanych pychą, zmysłowością, materializmem. To są nasze pustynie, pustynie współczesności, gdzie nie ma miejsca dla Boga, gdzie chrześcijaństwo umiera z braku pokarmu i wody!

Wzruszyła mnie niedawno historia pewnej studentki, która opowiadała mi o swoim życiu pełnym bólu i buntu, życiu wulgarnym i bez Boga. Wszystko zmieniło się, kiedy poszła do katolickiej szkoły średniej. Poszła tam tylko dlatego, że była to szkoła mała, a ona z powodu swojego niskiego wzrostu była często w gimnazjum wyśmiewana, więc pomyślała, że w mniejszym środowisku będzie jej łatwiej. W tej szkole były obchodzone wspólnie pierwsze piątki miesiąca, a nauczyciele pilnym okiem rejestrowali, kto idzie do spowiedzi, a kto nie. I na tych spowiedziach Bóg powoli kruszył jej serce, choć chodziła do nich tylko dla świętego spokoju. Ten spokój zburzyło w sumie jedno zdanie usłyszane w konfesjonale: „Bóg Cię kocha niezależnie od tego, jaka jesteś”. I lawina przemiany serca ruszyła, a teraz po zakończeniu studiów pragnie zostać siostra zakonną. Po drodze oczywiście było wiele ciekawych sytuacji związanych z jej nawróceniem, chociażby kwestia modlitwy i czytania Pisma Świętego przed kolacją wigilijną. W roku swojego nawrócenia przed życzeniami szybko pobiegła do swojego pokoju i w samotności przeczytała fragment z Pisma o Narodzeniu Jezusa i pomodliła się, w kolejnym roku przeczytała go już przy stole rodzinnym i poprowadziła modlitwę, a za dwa lata w tym domu wszystko było już tak, jak każe tradycja, czyli Biblię czytał ojciec rodziny. Ona to z pewnością taki współczesny Jan Chrzciciel.

Przed nami już tak niewiele Adwentu, ale jeszcze bardzo wiele wyborów…– czy zaglądnę głęboko do swojego serca przed Bożym Narodzeniem i np. solidnie wyspowiadam się, czy też może tylko przelecę samolotem i z wysoka będę podziwiać Betlejem i Nowonarodzonego. Tak blisko do Bożego Narodzenia, ale przede mną jeszcze bardzo wiele decyzji…– czy będę głośno wołał swoimi słowami i wyborami o miejsce Jezusa w moim życiu i niedługim świętowaniu, czy też pozwolę, aby pustynia współczesnego świata zadomowiła się w moim sercu i mojej rodzinie. Wybór jak zwykle należy do nas. AMEN.