Jezus tak wołał: «Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał. Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś słyszy słowa moje, ale ich nie zachowuje, to Ja go nie potępię. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić. Kto Mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które wygłosiłem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ojciec, który Mnie posłał, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak Mi Ojciec powiedział».

 

Jako ludzie wierzący i praktykujący nie możemy powiedzieć, że nie słyszymy Słowa Bożego. Wystarczy, że uczestniczymy w niedzielnej Eucharystii. W trakcie jej trwania otrzymujemy znaczącą dawkę Słowa Bożego. Pytanie tylko, na ile to Słowo przyjmujemy i je zachowujemy. Nieprzyjęcie Słowa Bożego wynikać może z różnych powodów. Niejednokrotnie jest nim nasze roztargnienie. Jesteśmy obecni na Mszy św., ale po wyjściu ze świątyni nawet nie pamiętamy, o czym była Ewangelia. 

Otwartość na Boże Słowo blokować może grzech, który w nas tkwi. Jeśli mamy nieczyste sumienie, to Słowo, które wypowiada do nas Bóg, musi przebić się przez „kuloodporną szybę”, którą wokół naszego serca zakłada Szatan. Złemu duchowi zależy na utrzymaniu nas z dala od Słowa, które oczyszcza i uwalnia z niewoli grzechu i śmierci. 

Jezus nie chce nikogo zbyt szybko potępić. Wciąż daje nam szansę nawrócenia. Wciąż czeka na nas z otwartymi ramionami. Wciąż posyła Słowo, które ma moc przebicia każdego ochronnego pancerza zainstalowanego w naszym wnętrzu przez Szatana. 

Bóg nigdy nie pozbawia nas wolnej woli. On tylko proponuje, zachęca i zaprasza. Wiele zależy od nas samych – na ile będziemy chcieli wsłuchać się w Boży głos; na ile uchylimy podwoje naszego serca, aby Boża łaska nas wypełniła.