Jezus, ukazawszy się Jedenastu, powiedział do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie». Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły.

 

Czytając dzisiejszą Ewangelię, czuję się trochę skonfundowany. Jestem przecież ochrzczony, działam w Jego imię, a jednak na moje słowo nikt nie zostaje uzdrowiony, nikt nie powstaje z martwych, sam boję się wziąć do ust zatruty kubek.

To wszystko nie brzmi jak Dobra Nowina.

Ale na szczęście Bóg zawsze przychodzi z pokojem. 

W dalszej części Ewangelii słyszymy: "Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi". I to jest strzał w dziesiątkę. Pan, mimo że fizycznie nieobecny, jest gotów współdziałać ze mną. Ze mną słabym, poranionym, grzesznym. 

Już wiem, skąd mam siłę towarzyszyć rodzinie przyjaciół w żałobie, przyjacielowi w kryzysie w powołania, skąd mam w sobie decyzję, by zadzwonić i wyjaśnić to, co trudne i pogmatwane, zakopane na wiele lat. To są konkretne znaki Jego obecności.

Słowo daje obietnice. Decyzja po mojej stronie: czy wstanę i pójdę głosić, czy zostanę w miejscu?