Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał pomóc strudzonemu krzepiącym słowem. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam.

 

Sługę Jahwe czeka ból: przebicie (a nie otwarcie) ucha, garbowania skóry, obicie i oplucie twarzy. On praktycznie nie ma przyjaciół. Żyje, jeśli nie w pogardzie, to na pewno wśród prześmiewczych uśmiechów. Ma jednak pewien przywilej: jest blisko Boga, słyszy Go bardzo wyraźnie, pełni Jego wolę, nie martwi się o opinię innych i nie szuka żadnej wdzięczności, bo jest całkowicie wolny. To jest życie na pograniczu „wariactwa”, ale takie wybieram. Reszta w Jego rękach.