Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!». Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!». A On rzekł: «Przyjdź!». Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!». Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?». Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym».

 

GDZIE JEST PAN?

Kiedy czytałem dzisiejsze pierwsze czytanie z Księgi Królewskiej o tym, że „Pan nie był w wichurze”, „Pan nie był w trzęsieniu ziemi”, „Pan nie był w ogniu”, ale Pan przyszedł w szmerze łagodnego powiewu, to szybko przyszedł mi do głowy temat „świadectwa”. Dlaczego? Chyba dlatego, że z nami jest dokładnie na odwrót – szukamy świadectw: nawrócenia, przylgnięcia do Pana Boga, zmiany życia. Im mocniejsze, tym lepsze... Im bardziej moje życie było pogmatwane przed nawróceniem, tym dla słuchających lepiej. Czy jednak zawsze?

LEKTOR I PUNK

Pamiętam z czasów seminarium wyjazd na tzw. niedzielę powołaniową do parafii. Jednym z punktów spotkania z młodzieżą było właśnie świadectwo kleryka. Trochę na zasadzie przekomarzania się, kto to ma zrobić, padło imię: Tadeusz. Na co żartem odpowiedział nasz wychowawca: „Nie zgadzam się! On był ministrantem, potem lektorem, a po maturze wstąpił do seminarium. Nic ciekawego”. Szukano kogoś „mocniejszego”. Padło na Marka, który był „zawodowym” punkiem. Koncerty, imprezy, włóczęgi, upijanie się, narkotyzowanie, ale na końcu szczęśliwe nawrócenie. To był ktoś, kto może zaciekawić młodzież! Przyznam, że sam, kiedy słuchałem jego świadectwa po raz pierwszy, to z wypiekami na twarzy, bo było naprawdę niezwykłe, piękne. Pan Bóg podał mu pomocną dłoń w najbardziej nieoczekiwanym momencie.

PUŁAPKA

Oczywiste jest, że pewnie każdy wolałby słuchać świadectwa Marka niż Tadeusza. Mamy konkretne wydarzenia: upadki, grzechy, a potem spotkanie z wielką łaską Boga i nawrócenie. Jest w tym jednak bardzo wielkie niebezpieczeństwo, bo idąc taką drogą świadczenia o Panu, można dojść do wniosku, że żeby się prawdziwie nawrócić, najpierw trzeba się stoczyć. Osoby, które odbijają się od dna i wracają do Kościoła, to powiedziałbym takie fajerwerki Pana Boga. One na pewno nam są potrzebne – jak pięknie jest w noc sylwestrową (!), ale przecież rok ma 365 dni i każdy zdrowy chrześcijanin codziennie prowadzi walkę o wierność Panu i chce się nawracać. Już nieraz słyszałem bardzo piękne świadectwa zwyczajności: codzienna modlitwa, sakramenty, wartość rodziny, dialog małżeński itd. W Kościele potrzebujemy zarówno świadectwa Marka, jak i Tadeusza. Dla kogoś, kto błądzi, potrzebny jest Marek, ale dla wiele większej grupy bardziej potrzebne są słowa Tadeusza, słowa mówiące o sensie bycia „normalnym” i tym, co jest konieczne, aby codziennie trwać przy Panu bez robienia sobie przerw.

BALANS

W naszych czasach wszystko musi być zbalansowane. Na pierwszym miejscu oczywiście dieta, ale jak się nie uda i zjem np. za dużo hamburgerów, to też się nie ma co przejmować, bo zawsze można kupić jakieś supertabletki i wszystko się wyrówna. Idziemy za sugestią reklamy, ale jednak dobrze wiemy, że to bzdura i naciąganie. Jeżeli sami nie zachowamy równowagi, to żadne tabletki nie pomogą. Jezus po nakarmieniu tłumów, po tym, jak uczynił wielki cud, idzie się modlić... To jest niesamowite! Ja to odczytuję jako szukanie jakiejś równowagi. Było niesamowite wydarzenie, ale to może wydarzyć się tylko raz na jakiś czas, ale z Ojcem trzeba być w stałej łączności!

Uczestniczyłem kiedyś w mocnych rekolekcjach z charyzmatykiem z Indii. Działy się tam wielkie rzeczy, ale zostało mi też w pamięci, po spowiedziach, że bardzo wielu z rekolektantów nie brało udziału w niedzielnej Mszy św. Jeżeli nie przełożyli wspaniałych doświadczeń z rekolekcji na codzienny „trud” modlitwy, sakramentów, a szczególnie niedzielnej Mszy św., to wszystko, czego doświadczyli na rekolekcjach, pozostanie na poziomie cudowności i niestety nie przełoży się na konkret życia chrześcijanina.

DO TRAGEDII JEDEN KROK

„Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”, Jezus potwierdza i Piotr wychodzi. Przecież nie powinno być żadnych komplikacji... To był Jezus, a Piotrowi dobrze szły pierwsze metry chodzenia po wodzie. Wydarzyło się jednak coś niespodziewanego. Wiatr zaczął silniej wiać i na tym skupił się Piotr. Zaczął tonąć. Ale przecież Jezus nie zniknął z jego oczu, a mimo to Piotr zaczął tonąć. Skupił się na niebezpieczeństwie, a nie na Jezusie.

Jestem przekonany, że im więcej będzie w naszym życiu takiego zwyczajnego trwania przy Panu (modlitwa, sakramenty, miłość bliźniego), tym będziemy bezpieczniejsi, radośniejsi, bardziej życzliwi, a dodatkowo będziemy naprawdę świadkami, którzy nie muszą się spinać, żeby powiedzieć świadectwo. Wystarczy, jak będziemy mówić o swojej codzienności, a to pewnie często wystarczy, aby ktoś inny zapragnął zmieniać swoje życie i pójść na serio za Panem.