Chodźcie, powróćmy do Pana! On nas zranił i On też uleczy, On to nas pobił, On ranę przewiąże. Po dwu dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie i żyć będziemy w Jego obecności. Poznajmy, dążmy do poznania Pana; Jego przyjście jest pewne jak poranek, jak wczesny deszcz przychodzi On do nas, jak deszcz późny, co nasyca ziemię. «Cóż ci mogę uczynić, Efraimie, co pocznę z tobą, Judo? Miłość wasza podobna do chmur o świtaniu albo do rosy, która prędko znika. Dlatego ciosałem cię przez proroków, słowami ust mych pouczałem, a Prawo moje zabłysło jak światło. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń».

 

To nie jest rozczarowanie, ale świadectwo potęgi miłości – „Co jeszcze mogę zrobić? Jak mogę Cię przekonać, że kocham? Czego pragniesz? Zrobię to!”. A wcześniej – „Dalejże, wróćmy… On nas rozszarpał i On też uzdrowi; On porani i On też rany opatrzy” (Oz 6,1), bo ostatnie słowo nie należy do śmierci, ale do miłości – „Miłości pragnę…”. Potrzeba jakichś innych dowodów? Czy jest jakikolwiek sens szukać dalej lub gdzieś indziej? To trochę tak jak w opowieści Jezusa o duszach głupich i mądrych – bieganie w amoku o północy, żeby znaleźć trochę oliwy do lampy (żeby głupio nie wyglądać), nie pozwoliło na gest miłosierdzia ze strony pana młodego – i „drzwi zostały zamknięte” (Mt 25,10). Dlatego każdego dnia chodzi o miłość, o przyjaźń, o relację – bo miłosierdzie Boga jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy podnieść wzrok i wyciągnąć dłoń we właściwym kierunku – w stronę Ojca, który daje każdemu chętnie i nie oszczędzając, bo przecież Jego miłość nie zna granic.

Aż się uśmiecham do siebie, widząc błogosławieństwo, które czeka dziś na mnie we wspólnocie Kościoła, i błogosławię Boga, że daje nam Kościół, w którym każdy może sięgnąć po miłosierdzie i nowe życie.