O przygotowaniach świątecznych można znaleźć bardzo wiele różnych artykułów. Znajdziemy w Internecie te o podejściu czysto praktycznym, a więc na przykład ile powinien moczyć się mak na makowiec, a ile śledzie. Czy kapustę płukać, czy niech będzie kwaśna? Czy myć okna na mrozie, czy może lepiej nie albo czy w ogóle je myć? Poradniki praktyczne mają tę dobrą stronę, że oszczędzają nam bardzo wiele czasu. To niezaprzeczalna zaleta nowych technologii.

Gorzej jest z tekstami, które dotykają metafizyki przygotowań, a więc w skrócie – sensu tego wszystkiego. Tutaj znajdziemy wszelkie możliwe ideologie, światopoglądy i ich pochodne. Z jednej strony dowiemy się, że bez sensu świętować urodziny kogoś, kto przyszedł na świat ponad dwa tysiące lat temu i to nie wiadomo w ogóle, czy w ten dzień (najpewniej nie) i że lepiej uciec z pogrążonej w świątecznym amoku Polski gdzieś pod palmy, a przy mniejszym budżecie po prostu zasunąć rolety i wyłączyć media. Potem są teksty „agnostyczne”, że niby nie wierzę w ten cały chrześcijański mit o Jezusie, ale tradycja to tradycja i zimowe święta muszą się odbyć, no i opłatkiem też się trzeba przecież połamać, bo zawsze tak było. Na samym końcu mamy poradniki duchowe mniej lub bardziej, o różnym nastawieniu, bo przecież duchowości w Kościele jest co niemiara. Pojawia się mnóstwo rekolekcji online (dzięki ci pandemio!), lektur duchowych, a i grupy w mediach społecznościowych zdają się mieć tylko jeden temat przewodni – święta i ich otoczka.

Można się w tym wszystkim naprawdę solidnie pogubić. A jak się nie zgubić? Oczywiście nie ma jednej odpowiedzi. Byłoby za prosto. Natomiast to, co się sprawdza najlepiej, to zimna głowa i spokój, bo tylko on może nas uratować.

Łatwo powiedzieć o spokoju, kiedy ma się na głowie dwójkę małych dzieci, wizję Wigilii u siebie w domu dla całej rodziny, strach przed kwarantanną i COVID-em. To moja tegoroczna historia. W zeszłym roku wirus pokrzyżował nam plany i Wigilia była online – każdy był u siebie. Dwa lata temu rodziłam moją córkę – święta w szpitalu. Za to gwiazdeczka kończy teraz dwa lata. W międzyczasie Wielkanoc i domowa kwarantanna.

Pamiętam moment, kiedy urodził się nasz syn – już prawie pięć lat temu. Wtedy święta nabrały zupełnie innej barwy i poniekąd wrócił klimat dziecięcych dni i odżyły piękne wspomnienia. Przyszło też przerażenie, czy ja będę w stanie zapewnić moim dzieciom takie same, albo i lepsze, wspomnienia.

Początki były trudne, ale teraz widzę, że mamy już własne zwyczaje i potrafimy się w tym wszystkim odnaleźć. Nasz syn jest już na tyle duży, że angażuje się w pomoc przy przygotowaniach, a mijają one nie tylko na pracy i obowiązkach, ale również nie zapominamy o tym metafizycznym aspekcie. Codziennie jest czas na czytanie książek o tradycjach bożonarodzeniowych. Udało nam się w tym roku być na wielu mszach roratnich (mój mąż był na wszystkich – zuch) i jest jakby spokojniej niż w ubiegłych latach. Jestem za to bardzo wdzięczna i czuję satysfakcję – plan midi zrealizowano.

Bardzo cieszę się, widząc, jak dzieci wchodzą w to wszystko całymi sobą i angażują się, jak mogą, zgodnie z możliwościami swojego wieku – to bardzo buduje. Ja staram się im w tym wszystkim bez nerwów towarzyszyć, choć to przy naturze raczej wybuchowej jest ogromnym wysiłkiem. Bardzo trudno jest powstrzymać w sobie komentarze, typu „przestań”, „co robisz”, „nie tak”. Nie zawsze się udaje, ale nie przestaję próbować. Walka jest nierówna.

Ważna jest świadomość tego, jak działają emocje. Tego powinni uczyć wszystkich rodziców. Wiemy, że te dziecięce to żywioł i przykrywają racjonalne myślenie. My – dorośli – powinniśmy już umieć nad tym panować, co nie znaczy, że nie mamy prawa do błędu.

Co zrobić więc, żeby święta kojarzyły się niezapomnianymi przeżyciami, wzruszeniem i podniosłą atmosferą, a nie kłótniami, harówką i oczekiwaniem, kiedy to wszystko się skończy? 

Warto sobie zaplanować trzy warianty gotowości do świąt – plan mini, midi i maksi, tak żeby minimum było naprawdę nisko, a maksimum tak wysoko, żebyśmy zdołali tam doskoczyć. Jeśli to zrobimy, okaże się, że nie musimy wszystkiego. Nie musimy być idealni – wystarczy, że będziemy wystarczający. Nie na wszystko mamy przecież wpływ. Warto czasem spuścić z tonu, wypuścić trochę pary z nabuzowanego kotła emocji.

I pamiętajmy! Jak posprzątamy, to dzieci i tak zaraz nabałaganią, ale przecież nie zabronimy im zabawy. Nie chodzi mi tutaj o to, żeby odpuścić zupełnie, ale żeby poza idealnym wnętrzem mieć na uwadze jeszcze coś, co jest o wiele ważniejsze – relacje. Ważne jest, żeby mieć swój własny ogląd sytuacji, swoje własne strategie. Nie warto się porównywać, słuchać „dobrych” rad i brać udziału w tym całym świątecznym wyścigu szczurów. Nie warto.

Dlatego też na te święta życzę wszystkim dystansu, spojrzenia w głąb siebie, refleksji i zadumy nad cudem wcielenia. Jezus też był dzieckiem i też miał mamę. To bardzo nasze święta!