Jezus powiedział do swoich uczniów: "Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie". Potem mówił do wszystkich: "Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?"

 

Syn człowieczy musi wiele wycierpieć... To były chyba ostatnie słowa, których uczniowie mogliby się spodziewać po Mesjaszu. Nie tak miało przecież być. Będzie to się potem odbijało echem w powracającym zdaniu: "a myśmy się spodziewali" podczas powrotu do Emaus. Zderzenie dwóch różnych wyobrażeń na temat tego, co ma być.

Są różne wyobrażenia o świętości. Jezus powiedział siostrze Faustynie, aby każdego dnia przyjmować z ufnością to, co On daje. To jest miara świętości. Jego miara.

Każde inne wyobrażenie o pójściu za Jezusem jest z góry skazane na porażkę, bo przecież nie wiem, co się stanie i czy wszystko pójdzie po mojej myśli. Ostatecznie jest to karykatura świętości, bo to jest świętość według mojej własnej miary. A takiej świętości nie ma, bo ja jestem grzesznikiem, a nie świętym. Nie mogę dać tego, czego nie mam, więc wyobrażenia o mojej świętości muszą runąć jak domek z kart.

Iść za Jezusem to brać krzyż. Codziennie. Z ufnością.