Mam zarówno siostry, jak i brata. Myślę, że zgodzą się ze mną, że powyższe stwierdzenie ma w sobie coś z prawdy. Ale nie zawsze tak było. Byliśmy traktowani przez rodziców inaczej. Każdy z nas miał swoje względy u rodziców, jak również sprawki, które nie uszłyby innemu z rodzeństwa. Każdy z nas miał inne role przypisane w rodzinie. Jeden to ten, który przewodzi rodzeństwu, drugi odpowiedzialny był raczej za szeroko pojęte kwestie kulturalno-sportowe, a jeszcze inny to ktoś, kto dbał, by w domu nie brakowało rozrywki. Zresztą, temat relacji na linii rodzice – poszczególne dzieci i wśród samego rodzeństwa zasługuje z pewnością na oddzielny felieton. Chciałam jednak zaznaczyć, że każde z nas inaczej widziało swoje relacje z rodzicami oraz to, jak w naszych oczach wyglądały relacje naszego rodzeństwa z rodzicami. Niekiedy w grę wchodziły również kwestie płci. Miałyśmy z siostrami u taty pewne względy, a nasz brat niezmiennie do dziś ma pewne względy u mamy. Pamiętam, jak w swojej naiwności powtarzałam, że będę traktować dzieci równo. Koleżanka, z którą na ten temat wtedy rozmawiałam, bardzo się uśmiechała i pomimo wielkiej miłości do każdego swojego dziecka szczerze zaprzeczyła, aby tak było.
    
Miłość jest fenomenalna. Ma tyle twarzy, napięć, intensywności, że wystarczy tak naprawdę dla każdego człowieka. Jest miłość do matki i ojca, do żony i męża. Jest też w końcu miłość do dzieci. Ona też jest różna. Bo nie można kochać tą samą miłością wszystkich ludzi. Z jednego prostego powodu – nie jesteśmy równi. Brzmi to może brutalnie, ale prawda jest brutalna. Każdy jest inny –z wyglądu, z charakteru, z temperamentu i z całej pełni swojej osobowości. Dzieci nie da się traktować równo, co wcale nie znaczy, że któreś będzie lepsze, a któreś w naszych oczach gorsze – każde jest po prostu inne, co jest piękne!

Mając zarówno syna, jak i córkę, już teraz zauważam, jak podobne ich zachowania inaczej z mężem interpretujemy. Względem syna czuję większą potrzebę pochylenia się nad jego emocjami tak, by sam mógł sobie wiele rzeczy wytłumaczyć, by powoli sam próbował podejmować decyzje, by był chłopcem wrażliwym i empatycznym. Z kolei wobec córki czuję, że należy ją wspierać tak, by stała się bardziej samodzielna i niezależna. Podobne podejście zauważam u innych mam. Chłopców traktują może trochę bardziej pobłażliwie, zaś wobec córek są bardziej krytyczne. Nieraz da się zaobserwować analogiczną sytuację, ale u ojców, gdzie to córka traktowana jest jak księżniczka, zaś synowie stale muszą udowadniać im swoją wartość. Nie są to jednak jedyne schematy zachowań rodziców, ponieważ zarówno córeczka tatusia, jak i synuś mamusi są stereotypami, które mogą, ale wcale nie muszą mieć miejsca.

Warto zauważyć, jak różnie podchodzimy do powyższych stwierdzeń. Sformułowanie "córeczka tatusia” nie wydaje się nam niczym złym, wręcz odwrotnie – mamy miłe odczucia z tym związane. Z kolei  określenie „synuś mamusi” już nacechowane jest pejoratywnie. Mamy przed oczami maminsynka, który stale trzyma się spódnicy mamy. Co gorsza, to wyrażenie pasuje i odnosi się do mężczyzny, który w dorosłym życiu bardziej polega na zdaniu własnej matki niż na swoim. To od nas, mam, szczególnie zależy, czy wychowamy syna na uzależnionego od nas, czy raczej na kogoś zaradnego, dojrzałego. Choć trudno mi czasem przejść obok wobec krytycznego podejścia do mojego syna, kiedy na przykład nie chce się z kimś przywitać i chowa się za mną, kiedy trudno mu się odważyć wobec rówieśników, kiedy swoje dziecięce niepowodzenia chce przeżywać w moim towarzystwie i z nikim innym. Często słyszę wtedy, że jest niegrzeczny, dziki, albo na siłę próbuje się dodać mu odwagi, porównywać z innymi czy wręcz zawstydzić. Ludzie zapominają, że syn, ale i córka, pierwszą, najbliższą więź nawiązuje z matką. W niej do pewnego momentu odnajduje bezwzględne bezpieczeństwo. I tylko mądra mama pozwoli chłopcu na popełnianie błędów, odkrywanie świata na swoich zasadach. Trudno jest nam, mamom, niekiedy nie biegać za synem i nie pilnować, by się nie wybrudził, nie uderzył. Mamy czasami tendencję do wyręczania chłopców, pobłażania, a czasami do rozpieszczania. Od córek wymagamy niekiedy więcej. Chcemy, by były zaradne i gotowe na różne trudności. Z kolei tata powinien z czasem przejąć pewną inicjatywę w wychowaniu syna, by uświadomić mu, że warto być samodzielnym, podejmować decyzje, by kiedyś dać poczucie bezpieczeństwa i troski swoim bliskim. 

Omawiane przeze mnie stereotypy świadczą o bardzo złożonej naturze relacji rodziców i dzieci. Czasami my, rodzice, nie zdajemy sobie sprawy, jak ciężkie mamy zadanie do wykonania. Jedno jest pewne – by wychować zaradnego mężczyznę i pewną siebie kobietę, potrzeba obojga rodziców. Dziecko z pewnością potrzebuje ciepła i empatii matki, jak również zdecydowania i poczucia bezpieczeństwa od ojca. Owszem, nie jest powiedziane, że po drodze nie napotkamy przeszkód. Czasami któreś z rodziców bardziej dominuje nad drugim bądź zacierają się różnice między cechami reprezentującymi matkę czy ojca. Czasami zbyt wysokie podnoszenie poprzeczki wobec zachowania czy wykształcenia dziecka spowoduje mierzenie się z ciągłą krytyką. Ważne jest, by dać dziecku świadectwo swojego życia małżeńskiego. Nierzadko zdarza się, że wraz z pojawieniem się dzieci małżonkowie tak bardzo zatracają się w swoim rodzicielstwie, że brakuje miejsca na relację mąż – żona. A wbrew pozorom dzieci bardziej potrzebują nie tyle matki i ojca, ile matki i ojca spełnionych w małżeństwie. Nie zawsze ma się to szczęście. Dobrze jednak, by dzieci widziały, jak rodzice okazują sobie czułość, jak wzajemnie się szanują i dbają o siebie.

Relacja rodziców względem siebie jest równie ważna, co zaangażowanie ich obojga w życie rodzinne. Istotne jest, by nie wyręczać się nawzajem, starać się nie rywalizować ze sobą o względy własnych dzieci. Szczególnie dla córki zaangażowanie taty w opiekę nad nią, w zabawę, poświęcenie jej swojego czasu, pokazuje jej, jak powinna być traktowana przez rówieśników czy kiedyś mężczyzn. Ponadto buduje to jej poczucie wartości, samodzielność i zdrową pewność siebie. Dzisiejsze zaangażowanie ojców w rozwój swoich dzieci i opiekę nad nimi z pewnością przynosi więcej pozytywnych skutków, aniżeli miało to miejsce wcześniej, kiedy gros obowiązków spadało na barki matki. Między rodzicami zawiązuje się silniejsza więź i poczucie wspólnoty oraz obopólnego wsparcia. Zasady domowego współżycia doskonale oddaje List do Kolosan (Kol. 3, 18–25). Nie jestem teologiem i nie zamierzam sama interpretować słów św. Pawła. Jednak pamiętam z którychś rekolekcji słowa księdza, który wyraźnie podkreślał integralność rodziców i ich miejsce w wychowaniu i życiu dzieci. Podkreślał, że matki często w swojej bezgranicznej trosce i miłości potrafią popełniać błędy wychowawcze, które skutkują wychowaniem dzieci leniwych i egoistycznych. Natomiast ojcowie często rozdrażniają swoje dzieci, zniechęcają, będąc zbyt zasadniczymi. 

Maślane oczka córeczki kradną serce taty, a czułość synów względem mamy zawsze roztopi lód jej gniewu, kiedy coś nabroi. To jest tak naturalne, że czasami wcale tego nie zauważamy i pozwalamy, by tak się działo, by dzieci nas w ten sposób próbowały. Ale czy trzeba to zmieniać, czy to nas do swoich dzieci nie przybliża? To część budowania relacji, która poparta zdrowym rozsądkiem i ogromną dozą miłości i zrozumienia zaowocuje na całe nasze rodzinne życie.