Nie, to nie będzie kolejny sentymentalny tekst broniący świętego człowieka. Tekst z argumentami budowanymi wokół „kremówkowej teologii”. Akcentujący emocjonalny stosunek do sprawy ataku na św. Jana Pawła II. Choć akurat pod względem emocjonalności ataki te z całą pewnością bolą najbardziej. Rozkrwawiają serce. Zadają ból. Po ludzku mówiąc, pozbawiają nadziei. Bo skoro można robić takie rzeczy ze świętym, to… To gdzie jest granica?

Ale nie. Ten krótki tekst nie będzie o tym, jak bardzo go kochaliśmy. Bo to przecież truizm. Nie będzie też o tym, jak bardzo rozsławił nasz kraj. Bo to także truizm. Cokolwiek by zresztą mówić w sytuacji, gdyby okazało się, że rzeczywiście papież ukrywał rzeczy niesprawiedliwe, czy wręcz – jak niesprawiedliwie mu się dziś zarzuca – haniebne, argument o miłości czy rozsławieniu ojczyzny byłby usprawiedliwieniem zupełnie bezzasadnym. Można przecież z jednej strony mieć zasługi w jakieś materii i zupełnie zawodzić w innej. Problem polega jednak na tym, że w tym przypadku tak po prostu nie było. I niezwykle mocno boli dziś, że trzeba nam to wszystkim na nowo tłumaczyć.

Nie jestem mocny w znajomości prawa. Nie znam się na badaniu archiwów. Nie potrafię w iście prawniczej logice łączyć wątków, by następnie zbudować z nich logiczne tezy. Zapytałem więc dziś o znany już film (dla porządku dodam, że chodzi o telewizyjny dokument szkalujący dobre imię św. Jana Pawła II) ludzi zajmujących się prawem zawodowo. Chciałem poznać sprawę niekoniecznie od strony własnych uczuć, od strony serca i emocjonalnej otoczki, ale od strony pragmatycznej. Uczciwej.

– Z prawniczego punktu widzenia wszystkie dotychczasowe publikacje i filmy oskarżające i szkalujące postać św. Jana Pawła mają jedną zasadniczą wadę: są absolutnie pozbawione wiarygodności – odpowiedział mi od razu mecenas i dr prawa Krzysztof Wąsowski. – Brak tu jakichkolwiek dowodów. Pojawiają się jedynie jakieś insynuacje, przypuszczenia osób mniej lub bardziej zakamuflowanych. W dostępnych materiałach, które zobaczyliśmy, nie ma absolutnie żadnej weryfikacji dowodowej. Warto bowiem wiedzieć, że w procesie karnym nie wystarczy samo tylko zeznanie świadka. Nie wystarczy dokument. To dopiero początek procesu sądowego. Chodzi bardziej o to, aby ta osoba świadka czy ten dokument był wiarygodny. Jeśli zaś chodzi o domniemane ofiary, o których mowa w filmie, niewiele się tu dowiadujemy. Skąd pochodziły, jaka była ich relacja z ówczesnym ordynariuszem krakowskim, Karolem Wojtyłą. Nie mamy też żadnych potwierdzeń o takowych spotkaniach w dokumentach kurialnych. Nie mamy świadków, którzy mogliby nam powiedzieć, że takie spotkanie z Wojtyłą rzeczywiście miało miejsce. Dziś przecież każdy może powiedzieć, że spotykał się z Wojtyłą i mówił mu o problemie pedofilii w Kościele. Tylko problem jest taki, że to było co najmniej 50 lat temu i nigdzie to się wcześniej nie ujawniło. Nie wykorzystywała tego komuna przy wyborach konklawe ani podczas procesu beatyfikacyjnego. Wiarygodność oświadczeń tych rzekomych świadków, tzw. depozycji, jest z punktu widzenia prawniczego skandalicznie niska.

– Co też istotne, dwa z trzech przypadków opisanych przez Ekke Overbecka zostały już bardzo rzetelnie wyjaśnione i wynika z nich jasno, że według ówczesnych przepisów prawa kościelnego Wojtyła zachował się wręcz wzorowo – dodaje z kolei mecenas Bartłomiej Janyga, szef jednej z poznańskich kancelarii prawnych. – Wykonał wszystkie możliwe obowiązki i działania, na jakie pozwalało mu ówczesne prawo. Nie mógł karać inaczej, niż przewidywało to ówczesne prawo kanoniczne. Zarzucanie mu, że nie zrobił tego w sposób taki, jak robi się to dziś, jest więc absurdalne.

– I jest coś jeszcze… – zwraca uwagę Janyga. – Warto zwrócić uwagę, że cała ta akcja z dokumentami wygląda na bardzo dobrze przygotowaną i zaplanowaną. Trudno bowiem sobie wyobrażać, że prawdziwą jest historia mówiąca o tym, że Holender Overbeck (który przecież nigdy wcześniej nie zajmował się zawodowo badaniem archiwalnych dokumentów) przyjeżdża nagle do archiwum IPN i odkrywa tam w prywatnym śledztwie same „perełki”. Nie, ktoś mu ten materiał wcześniej skrupulatnie przygotował.

Wiem jedno. Pokolenie JP2 staje dziś przed swego rodzaju testem dojrzałości. Jeśli rzeczywiście powstało na fali emocji o wadowickich kremówkach i „poczciwym dziadku o dobrym sercu”, najprawdopodobniej test ten obleje. Jeśli jednak jego źródłem było naprawdę wsłuchanie się w orędzie głoszone przez świętego papieża, o wynik testu możemy być dziś spokojni.

– Powiem więcej – dodaje na koniec naszej krótkiej rozmowy mecenas Wąsowski. – Wydaje się, że marzec A.D. 2023 jest miesiącem odrodzenia się pokolenia JP2. Pamiętam, jak swego czasu abp Henryk Hoser powiedział o Janie Pawle II, że to jest bomba z opóźnionym zapłonem. Wynikało z tego jasno, że za tego pontyfikatu wspomniane pokolenie JP2 było dopiero zasiewane. A wzrastać zacznie dopiero później. Chyba nadszedł właśnie czas żniw.

Pierwsze odruchy budzącego się społeczeństwa, które pragnie bronić świętego Polaka, zdają się potwierdzać tę tezę. Polski obraz męskiej postawy musi dziś przejść kolejną próbę. Módlmy się, aby była to próba udana.

PS. Więcej o sprawie już na żywo we wtorkowym wydaniu Popołudnia Radia Profeto.

czerniecki.net