To nie rodzina jest winna

Jest taka scena w kultowym Mikołajku, która za każdym razem, kiedy czytam dzieciom tę książkę, rozbawia mnie do łez. Pewnego dnia tytułowy bohater zamyka się w pokoju taty, znajduje pióro, którego nie może ruszać, bierze je w swoje ręce i… katastrofa gotowa. Wszystko w koło upstrzone jest atramentem. Na widok zezłoszczonej mamy chłopiec woła: „To nie moja wina, to przez pióro taty”. Wiadomo, prawda? Czy komuś przyszłoby do głowy winić Mikołajka? Ależ skąd.
    
Ta historyjka przypomniała mi się dzisiaj, kiedy czytałam streszczenie wykładu pewnego zacnego kapłana. Mówiąc o obecnej sytuacji, budując lękową wizję religijności, wypowiedział się także o pustkach w seminariach. „Szatan dziś uderza w rodzinę. Dlaczego? Ponieważ on wie, że zmasakruje życie i rodziców, i dzieci. Już nie mówię o tym, że państwo będzie, jakie będzie, ale zobaczmy, co się dzieje w seminariach. Nie ma powołań. Nie ma powołań nie dlatego, że Bóg nie powołuje, tylko dlatego, że ludzie nie słyszą, odbierają na różnych innych falach”. I wszystko jasne, nie ma powołań, bo rodzina zaatakowana przez Szatana nie słyszy głosu Boga. Trochę jak z tym mikołajkowym piórem. Wszyscy w koło winni, tylko nie sprawca całego zamieszania.
    
Żeby było jasne, nie uważam, że rodzina dziś jest w świetnej kondycji. Wręcz przeciwnie, statystyki nie kłamią. Spada liczba zawieranych małżeństw sakramentalnych, coraz mniej dzieci przychodzi na świat, wierność przestaje być wartością, o którą warto zabiegać, a rozwód się upowszechnił. Dobrze rzeczywiście nie jest, ale nieuczciwe jest zrzucanie winy za puste seminaria tylko na rodzinę. Czasem jeszcze na gender, LGBT lub inną ideologię. Tak jest po prostu łatwiej, bo można zrzucić odpowiedzialność na kogoś/coś innego i dalej trwać w nieświadomości i samozadowoleniu.
    
Można generalizować i opowiadać, jak bardzo współczesna rodzina jest zainfekowana różnymi podejrzanymi wpływami. Można się też rozejrzeć w koło i nagle obraz ten wygląda zgoła inaczej. Będąc we wspólnocie, spotykam naprawdę zaangażowane, święte, rozmodlone małżeństwa, otwarte na życie, praktykujące i angażujące się w życie Kościoła. Te rodziny mają dzieci, często już dorosłe, które przykładem swoich rodziców wybrali małżeństwo, a nie kapłaństwo czy życie zakonne. Czy dlatego, że odbierali na innych falach? Niekoniecznie, często odbierają jak najbardziej te same fale, praktykują, modlą się, wartości przekazane przez rodziców są dla nich istotne, dalej przekazują je swoim dzieciom. Co więc takiego się stało, że nie zapełnili seminariów czy nowicjatów? Może nie mieli powołania, może chcieli się realizować w rodzinie, a może po prostu sami spotkali się z wypaczeniami życia kapłańskiego, z hipokryzją, skandalami seksualnymi i sprawami zamiatanymi pod dywan. Może nie chcieli być przez swoich potencjalnych przełożonych traktowani jak dzieci, których każdy krok należy kontrolować, bo spuszczeni z oka na pewno narozrabiają i narobią głupot. Może nie spotkali w swoim życiu zaangażowanych księży, którzy staliby się dla nich autorytetami. Nie mieli doświadczenia pokolenia JP II, którego my, dzisiejsi czterdziestolatkowie, jeszcze zasmakowaliśmy. Zabrakło impulsu, tej iskry, która rozpaliłaby w nich powołanie, mimo że najbliżsi modlili się o nowe i święte powołania kapłańskie także ze swojej rodziny.
    
Może jednak nie ma potrzeby uderzać w katastroficzne tony. Dobra, święta rodzina wcale nie jest gwarancją dobrego i świętego powołania. Znam i księży, i siostry zakonne, których rodziny dalekie były od ideału Świętej Rodziny, w ich domach była przemoc, często alkohol, a rodzice nie zawsze mieli po drodze z Panem Bogiem. A oni mimo wszystko usłyszeli głos Boga i za nim poszli. I trwają, inspirują innych, dla wielu są obrazem prawdziwego Kościoła. Kochającego i przebaczającego.