Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim. Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli.

Staram sobie postawić pytanie. Kto komu towarzyszył? Czy Jezus towarzyszył Apostołom, czy Apostołowie towarzyszyli Jezusowi? A może to Mojżesz i Eliasz towarzyszyli  całej czwórce Izraelitów (Jezus, Piotr, Jakub, Jan)? Pewnie dobrej odpowiedzi mogliby udzielić Ojcowie Jezuici, bo przecież w oficjalnej nazwie używają sformułowania: Towarzystwo Jezusowe. No ale, nie miałem czasu ich o to zapytać.

Czasy, w których żyjemy, porzebują zatrzymania się nad potrzebą towarzyszenia, lub inaczej mówiąc na tym, byśmy starali sie żyć w grupie. Nie jest to łatwe. Jedno z polskich porzekadeł mówi: umiesz liczyć, licz na siebie. Ale Ewangelia mówi nieco inaczej. Jezus nie zbudował sam Kościoła (w sensie wspólnoty wierzących), ale zaprosił do współtworzenia innych ludzi. Wiemy, że poszło za nim wielu ludzi. I każdy miał w tym swój udział. Jedni lepsi, inni słabsi (chodzi o zdradę). Jednak nie upadki są naszą słabością, ale powstawanie z nich jest naszą siłą. Byle nie dopuszczać do siebie uległości do zła. Obroną naszą Chrystus, który dziś, przez tajemnicę przemienienia, zapewnia nas o sile kontaktu z Bogiem, naszym Opiekunem i Towarzyszem.