A On rzekł do nich: "Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata. Powiedziałem wam, że pomrzecie w grzechach swoich. Jeżeli bowiem nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach waszych". Powiedzieli do Niego: "Kimże Ty jesteś?" Odpowiedział im Jezus: "Przede wszystkim po cóż do was mówię? Wiele mam w waszej sprawie do powiedzenia i do osądzenia. Ale Ten, który Mnie posłał, jest prawdomówny, a Ja mówię wobec świata to, co usłyszałem od Niego". A oni nie pojęli, że im mówił o Ojcu. Rzekł więc do nich Jezus: "Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja Jestem i że Ja nic sam z siebie nie czynię, ale że mówię to, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną; nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba". Kiedy to mówił, wielu uwierzyło w Niego.

 

Od dobrych paru dni czytamy fragmenty Ewangelii, w których Jezus zapewnia, że czyni i mówi to, co widział i słyszał od Ojca. Niejako wskazuje na swoje źródło, swoją przyczynę istnienia, która jest tożsama z Ojcem.

W dzisiejszej perykopie słyszymy pytanie, skierowane do Jezusa: Kimże Ty jesteś? W tym pytaniu zauważamy echo tego, które Jezus zadał swoim uczniom: Za kogo uważają mnie ludzie? Jednak, czy zadane pytanie, faktycznie oznaczało, że faryzeusze chcą poznać prawdę o Jezusie? Z treści Ewangelii wiemy, że nie. Chodziło o przyłapanie Jezusa na słowie lub czynie, które mogliby po "swojemu" zinterpretować i w ten sposób pozbyć się niewygodnego rabbi. Jezus dobrze o tym wiedział i mimo to, a może właśnie dlatego, nie wahał się przyznać do Ojca i mówić o sobie, jako o równym Jemu: Ja jestem.

Świadomość tego, kim się jest, pozwala być sobą niezależnie od okoliczności. Pozwala z odwagą stanąć wobec nieznanego czy nawet wrogiego. Pozwala choćby na klęczkach, a może właśnie na nich przetrwać najcięższą burzę i wytrwać do końca.