Trudno o lekarstwo na opór

Środa, II Tydzień Zwykły, rok II, Mk 3,1-6

A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.

 

 

Obok prostych ludzi,  zafascynowanych Jezusowymi słowami i czynami, w otoczeniu Mistrza z Nazaretu pojawiają się także faryzeusze i zwolennicy Heroda. W ten sposób chcieli zrealizować swój plan odnalezienia w miarę przekonywujących powodów, które usprawiedliwiałyby formalne oskarżenie Chrystusa i przerwania Jego misji pośród tłumów.

Wydaje się, że atmosfera synagogi, a więc miejsca, w którym mogli gromadzić się wszyscy, sprzymierzeńcy, ale i wrogowie tego wyjątkowego Nauczyciela, posłużyła ich planom. Jezus i tym razem nie może przejść obojętnie wobec cierpienia człowieka, a eksponując jego ludzką biedę, zaprasza do współczucia i myślenia zarazem. Jednak spotyka się z silnym oporem milczenia i lodowatych spojrzeń, zwłaszcza tych, którzy Go śledzili. Zacietrzewienie nie pozwala racjonalnie podejść do argumentów, osłabia wrażliwość, nie sprzyja współczuciu, rodzi chłód dookoła i krzyczy  nawet milczeniem.

Bolesna jest obojętność na pokaz, trudno na nią nie zareagować gniewem. A ludzka zatwardziałość staje się tamą dla prawdziwej miłości, którą trudno przebyć. Wszak trzeba by najpierw zrujnować ludzką wolność, tego zaś Bóg nie chce czynić. Cóż więc pozostaje? Boleć, cierpieć i rozlewać łaskę tam, gdzie na nią czekają. Ludzi o zimnych spojrzeniach trzeba pozostawić ich knowaniom w nadziei, że jeszcze przyjdzie taki moment, w którym także w ich sercach zatryumfuje miłosierna miłość, owoc cierpienia, umierania i zmartwychpowstania.