Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością, mówiąc: «Panie, przez wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają». Wtedy rzekł do nich: «Widziałem Szatana, który spadł z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednakże nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie». W tej to chwili rozradował się Jezus w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić». Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli».

 

Radość powrotu z misji. Radość doświadczenia, że moc, którą zostali obdarowani, naprawdę działa. Radość wypędzania złych duchów, stąpania bezpiecznie po wężach i skorpionach, i całej potędze przeciwnika... Choć Ewangelista nie wspomina o tym wprost – może jest to również radość uwolnienia kogoś dręczonego, uzdrowienia kogoś chorego, pomocy komuś w dramatycznej potrzebie... Tymczasem Jezus mówi: nie z tego się cieszcie...

Z czego tak naprawdę się cieszę? Co jest źródłem mojej radości? Moc? Siła? Cudowne zdolności czy umiejętności? Świadomość, że jestem komuś pomocny? Świadomość dobrze spełnionego obowiązku, satysfakcja z dobrze wypełnionej misji? Poczucie bycia potrzebnym – może nawet niezbędnym? Poczucie sensu?

Nie z tego się ciesz...

Podnieś wzrok – popatrz dalej... Twoje imię zapisane jest w niebie!